Nie wiem jak sprawy pogodowe mają się w innych rejonach naszego pięknego kraju, ale u mnie ostatnio ciągle pada. Są to różne rodzaje opadów - od lekkiej, przypominającej zasłonę mżawki na której marszczy się nos, po ściany huczącego o dachy i chodniki deszczu. Zakładałam, że wrzesień będzie ciepły i słoneczny, a ja będę jeździć po bliższej i dalszej okolicy ciesząc nogi wędrówką, a oczy pierwszymi oznakami jesieni. Te ambitne plany spełzły jednak na niczym, a moja skromna osoba zabarykadowała się w domu pod stertą koców z solidną porcją książek, żelków i napojów rozgrzewających na podorędziu. Ale, parafrazując pewien gadający świecznik, "czy może się to odbywać bez muzyki?"
Nie mam tu oczywiście na myśli tylko melodii sączącej się z głośnika. Późnymi nocami, kiedy nie umiem zasnąć, lubię sobie spokojnie poleżeć i posłuchać co się dzieje za oknem. Niezwykłe, jak wiele dźwięków potrafi wydawać słota jesienna. Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, opatrując tę złożoną orkiestrę etykietką "bębnienie", rzadziej "szumienie", "szeleszczenie" lub "dzwonienie" ("o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...").
Nocą, kiedy człowiek nie ma nic lepszego do roboty, a żadne hałasy nie rozpraszają uwagi warto się wsłuchać w te różnice. Nie mam wykształcenia muzycznego, słyszę jednak duże, ciężkie krople uderzają nieregularnie o daszek okna i płyty mokrego chodnika, zupełnie jak na koncercie jazzowym. Innym razem słychać owacje, kiedy wiatr dorzuca swoje trzy grosze i porusza gwałtownie liśćmi na drzewach. Czasem zaś mam nawet wrażenie, że słyszę mżawkę i dźwięk ten do złudzenia przypomina mi szelest jedwabnego tiulu - jest to dźwięk lekki, miękki, ale równocześnie trochę ziarnisty. Słyszę go czasami przed zaśnięciem, ale nigdy nie wiem, czy słysząc go już przypadkiem nie śnię.
Moje dalsze rozpisywanie się w tym temacie i tworzenie szerszego opisu różnic uznaję za zbędne. Kto jest otwarty i ciekawy na pewno sam się wsłucha w "bębnienie" o szybę - tej jesieni będzie jeszcze dużo okazji. Mimo wszystko nie każdy lubi deszcz i najmniejsza nawet mżawka sprawia takiemu ktosiowi przykrość. Żeby więc trochę rozproszyć ten deszczowy klimat, ale pozostać w temacie muzycznym, wspomnę jeszcze krótko pewną sprawę, o której dowiedziałam się niedawno.
Kto bywa w Katowicach, mieszka tam, pracuje lub się uczy, być może zna pewnego starszego pana, którego można spotkać pod wiaduktem kolejowym obok kinoteatru Rialto. Trudno go pomylić z kimś innym. Owy pan nie tylko bowiem gra na skrzypcach, ale jest również wyposażony w kasę fiskalną. Pytanie "po co mu ona?" nasuwa się samo. W końcu ilu dziennie muzyków ulicznych można spotkać w takim mieście jak Katowice i żaden z nich nie wystawia rachunku za graną przez siebie muzykę.
Odpowiedź na tę zagadkę jest prosta, ale dość zaskakująca i na swój sposób niezwykła. Swego czasu owy pan prowadził własną działalność gospodarczą, miał dwa kioski na dworcu w Katowicach. Szczęście się jednak od niego odwróciło, interes upadł, a pan Władysław stracił swoje źródło dochodów. Żeby jakoś żyć imał się różnych zajęć, nawet zbierania złomu i żebractwa. W końcu znalazł w domu swoje szkolne skrzypce. Teraz gra obok kinoteatru, oficjalnie i legalnie - na powrót założył bowiem działalność gospodarczą, a z każdego zarobionego w ten sposób grosza rozlicza się z ZUSem, płaci podatki. Byle jakoś dożyć do emerytury.
To wyjaśnienie poruszyło mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Jeśli więc spotkacie kiedyś w Katowicach pana Władysława Tomczyka, wrzućcie mu do kapelusza złotówkę czy dwie.
Nie mam tu oczywiście na myśli tylko melodii sączącej się z głośnika. Późnymi nocami, kiedy nie umiem zasnąć, lubię sobie spokojnie poleżeć i posłuchać co się dzieje za oknem. Niezwykłe, jak wiele dźwięków potrafi wydawać słota jesienna. Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, opatrując tę złożoną orkiestrę etykietką "bębnienie", rzadziej "szumienie", "szeleszczenie" lub "dzwonienie" ("o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...").
Nocą, kiedy człowiek nie ma nic lepszego do roboty, a żadne hałasy nie rozpraszają uwagi warto się wsłuchać w te różnice. Nie mam wykształcenia muzycznego, słyszę jednak duże, ciężkie krople uderzają nieregularnie o daszek okna i płyty mokrego chodnika, zupełnie jak na koncercie jazzowym. Innym razem słychać owacje, kiedy wiatr dorzuca swoje trzy grosze i porusza gwałtownie liśćmi na drzewach. Czasem zaś mam nawet wrażenie, że słyszę mżawkę i dźwięk ten do złudzenia przypomina mi szelest jedwabnego tiulu - jest to dźwięk lekki, miękki, ale równocześnie trochę ziarnisty. Słyszę go czasami przed zaśnięciem, ale nigdy nie wiem, czy słysząc go już przypadkiem nie śnię.
Moje dalsze rozpisywanie się w tym temacie i tworzenie szerszego opisu różnic uznaję za zbędne. Kto jest otwarty i ciekawy na pewno sam się wsłucha w "bębnienie" o szybę - tej jesieni będzie jeszcze dużo okazji. Mimo wszystko nie każdy lubi deszcz i najmniejsza nawet mżawka sprawia takiemu ktosiowi przykrość. Żeby więc trochę rozproszyć ten deszczowy klimat, ale pozostać w temacie muzycznym, wspomnę jeszcze krótko pewną sprawę, o której dowiedziałam się niedawno.
Kto bywa w Katowicach, mieszka tam, pracuje lub się uczy, być może zna pewnego starszego pana, którego można spotkać pod wiaduktem kolejowym obok kinoteatru Rialto. Trudno go pomylić z kimś innym. Owy pan nie tylko bowiem gra na skrzypcach, ale jest również wyposażony w kasę fiskalną. Pytanie "po co mu ona?" nasuwa się samo. W końcu ilu dziennie muzyków ulicznych można spotkać w takim mieście jak Katowice i żaden z nich nie wystawia rachunku za graną przez siebie muzykę.
Odpowiedź na tę zagadkę jest prosta, ale dość zaskakująca i na swój sposób niezwykła. Swego czasu owy pan prowadził własną działalność gospodarczą, miał dwa kioski na dworcu w Katowicach. Szczęście się jednak od niego odwróciło, interes upadł, a pan Władysław stracił swoje źródło dochodów. Żeby jakoś żyć imał się różnych zajęć, nawet zbierania złomu i żebractwa. W końcu znalazł w domu swoje szkolne skrzypce. Teraz gra obok kinoteatru, oficjalnie i legalnie - na powrót założył bowiem działalność gospodarczą, a z każdego zarobionego w ten sposób grosza rozlicza się z ZUSem, płaci podatki. Byle jakoś dożyć do emerytury.
To wyjaśnienie poruszyło mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Jeśli więc spotkacie kiedyś w Katowicach pana Władysława Tomczyka, wrzućcie mu do kapelusza złotówkę czy dwie.
![]() |
| kolaż 043 |
