wtorek, 28 grudnia 2010

pół-żartem o dziele stworzenia czy też raczej "tworzeniu dzieła"

Pod tegoroczną choinką znalazłam pudełko, czy może raczej pudło. Ma zgrabne wymiary 30 cm x 43 cm x 13 cm i jest cudowne. 
Od razu zabrałam się za generalną przeprowadzkę i przeniosłam wszystkie moje narzędzia z jednej szuflady i kilku innych pudełeczek do owego wielgachnego, zamykanego na magnez pudełka z czarną kokardką. W ten sposób wszystko mam już pod ręką w jednym, konkretnym miejscu. Wszystkie moje tusze, gąbki, pieczątki, nożyczki (całe sześć sztuk. Ozdobne o imionach: Mario, Julia i Nico, oraz trzy zwyczajne-bezimienne: proste, ząbkowane i kosmetyczne), trzy tubki kleju, linijka i dwie ekierki, nożyk do cięcia tapet, igły, nici, guziki, koronki, dwa ołówki, gumka, mazaki do tkanin i srebrny cienkopis, puszka z zasuszonymi kwiatami, koperty z zasuszonymi liśćmi oraz trzynaście dziurkaczy w różnych rozmiarach. Ufff, trochę tego jest.
Swoją drogą moje przygotowania do ogólnie pojętego "tworzenia dzieła" niezwykle przypominają mi szykowanie się do bitwy. Najsampierw rytuał układania włosów przed lustrem - dokładne wpinanie, spinanie i sczepianie spinkami wszystkiego, co mogłoby się niepotrzebnie pałętać później po twarzy i oczach. Kiedy ma się ręce ubabrane klejem lepiej nie bawić się w "odgarnianie niepokornych kosmyków". Później równie rytualne zawiązanie pasa, a raczej fartucha, który z racji wielkości należy określić bardziej mianem fartuszka. Fartuszek ma dwie wielkie kieszenie, w który mieszczą się wszystkie nożyczki (nawet najnowszy Nico) oraz spora część reszty ekwipunku. Potem następuje planowanie natarcia i tworzenie szybkiego projektu. Następnie wydanie dyspozycji i rozmieszczenie poszczególnych pododdziałów na polu walki. Każdy papier, obrazek, listek i szpulka nici zna swoje miejsce. A później - bitwa! Cięcie, rżnięcie, wycinanie, wykrawanie, urywanie, odcinanie i pewnie doszłoby jeszcze patroszenie, gdyby było co patroszyć. A po dwóch godzinach - zwycięstwo i parada połączona z prezentacją nowej zdobyczy wojennej. 
Nie powiem, w tych moich pół-żartach jest całkiem sporo "faktycznego stanu rzeczy". Bo kiedy zaczynam przycinać, wycinać, układać i sklejać to nierzadko mam groźną minę przy wyborze kolorów, krzyczę, kiedy zamiast zgrabnej, niebieskiej Julii w ręce wpada mi żółty Mario i sprawiam wrażenie poirytowanej. Ale często także łagodnieję, wpadam w trans i ogarnia mnie spokój ducha. 
I właśnie tego wam życzę w nadchodzącym nowym roku. Spokoju ducha, dobrego nastroju i licznych przypływów natchnienia, bo resztę - to już sobie każdy sam załatwi. Do zobaczenia "za rok" na 17sylab.blogspot.com !

Influence Map
Wyjątkowo zamiast kolażu - mapa moich wpływów i inspiracji:
1. kolory – zwłaszcza subtelne różnice w odcieniach.
2. materiały – czyli wszelkiego rodzaju znalezione "śmieci". Zrzynki, wycinki, skrawki, papierowe drzewka, atramentowe ważki i wszelkie inne dziwności.
3. pory roku – ich dojrzewanie, rozkwitanie i zmienianie się.
4. podróże – każdego rodzaju. Te bliższe i dalsze, jednodniowe i wielotygodniowe
5. poezja Leśmiana pełna świadomej, pozbawionej wstydu erotyki, a także bogata w piękne neologizmy i rytmikę.
6. poezja Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej przepełniona nadzwyczajnym wdziękiem, kobiecym urokiem i subtelnym erotyzmem.
7. poezja Tuwima  z tym świetnym poczuciem humoru, artyzmem języka i wielkim urokiem, który uwielbiam.
8. "Płatek Śniegu" (Maxence Fermine) – nieduża nowelka, która jest pierwszą książką o haiku, jaką kupiłam. 
9. "Haiku"
wspaniały zbiór poezji haiku, który dostałam od przyjaciół na 19 urodziny.
10.Włóczykij – mój ulubiony i umiłowany, stworzony przez Tove Jansson.

wtorek, 21 grudnia 2010

alfabetyczne i gorące życzenia dla wszystkich Dobrych Duchów

Co dom to inny obyczaj i inna tradycja obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia. Każdy z nas ma również inny sposób ich odbioru, przeżywania i wartościowania. Jedni cieszą się i radośnie nucą pod nosem kolędy w czasie mielenia maku, robienia ostatnich porządków i wypatrywania prezentów pod choinką. Inni są naburmuszeni, pomstują na Kevina, reklamę Coca-Coli i wszechobecną komercję. Z okazji Świąt chciałabym złożyć tym pierwszym życzenia rodzinnego ciepła, smacznych potraw i pięknej choinki. Tym drugim - w miarę bezbolesnego przeżycia tego przereklamowanego okresu "wzajemnej miłości" i "pokoju na świecie". 
Jest też kilka osób, które chciałabym imiennie wyszczególnić i również życzyć im wszystkiego najlepszego: 

- nieobecnemu Jonaszowi - nie zawsze się odzywam, ale często myślę. Merry Christmas!
- niezastąpionej Justynie - dziękuję Ci, mon chéri, za wszelkie wsparcie, także to kolażowe w postaci tapet i kolorowych papierków. Jesteś "rosą na trawie mej duszy", cytując klasyka. Merci
- upartej Marcie Cz. - za kopa w tyłek i dobry pomysł. Postaram się go nie zmarnować.
- ślicznej Oldze - mojej sławie i chwale, za wsparcie moralne i duchowe oraz za to, że ze mną wytrzymuje. 
- najlepszej z mentorek i nauczycielek Pani Ewie - za miłość do literatury (i nie tylko), którą we mnie tak skutecznie pogłębiła i utwierdziła. (Pamiętam także o urodzinach - sto lat niech żyje Pani nam! Oczywiście w szczęściu i miłości opływając w luksusy, bo nie może być inaczej!)
- mrocznej Paulinie - za "Czarodziejkę z Księżyca" i inne historie, które tak bardzo poprawiają mi nastrój. 
- multi-językowemu (Panu) Radkowi - za moje "Kali umieć, Kali mieć", którego już się nie boję. I jeszcze raz gratuluję!
- odnalezionej niemal cudem po latach Yoasi - cieszę się, że jesteś, nawet tak daleko, moja droga.
- a także Ani G., Adze B., Izie K. i Marcie R.-C. - dzięki za wszystko dziewczyny! 

- oddzielnie chciałabym podziękować również moim dobrym duchom z deviantartu i okolic, za to że są oraz za ich pełne ciepła i dobroci komentarze:

- a na koniec - specjalne życzenia dla Tofta00 - dziękuję Ci bardzo za wszystkie dobre, miłe i mądre słowa, które od Ciebie dostałam oraz za wszystkie rysunki. Nasza znajomość i współpraca daje mi naprawdę dużo radości. Oby trwała jak najdłużej.

Życzę Wam wszystkim potrójnego pakietu "szczęścia, zdrowia i radości" oraz przede wszystkim kogoś, kto swoim uśmiechem zawsze sprawi, że noc będzie trochę mniej mroczna a chłód mniej dokuczliwy. Wesołych Świąt kochani!

kolaż 179 (rysunek - Toft00)

niedziela, 19 grudnia 2010

o ostatniej prostej przed świętami i o karpiach

No i już ostatnia niedziela przed Świętami. Do Wigilii coraz bliżej, można powiedzieć, że to już ostatnia prosta. Ponieważ nie lubię nic zostawiać na ostatnią chwilę, mogę z czystym sumieniem siedzieć w domu i kleić nowe kolaże w przerwach między robieniem obiadu i porządkami. Większość zakupów jest już zrobiona, a wszystkie prezenty są również zakupione i nawet popakowane (leżą teraz spokojnie w bezpiecznych schowkach czekając na swój "Wielki Wieczór"). Domyślam się jednak, że nie wszyscy są tacy zapobiegliwi i że w sklepach trwa istny szał, co potwierdza moje wierne radio i sms'owy wysłannik płci niewieściej. W placówkach handlujących czymkolwiek, co się może przydać w tym świątecznym okresie trwa przysłowiowy Armagedon. Masa ludzkich ciał, plątanina rąk, nóg i głów w czapkach z pomponami i bez pomponów, krzyki wściekłości i rozpaczy, walające się po placu boju fragmenty garderoby, igliwia i gastronomicznych resztek nieznanego pochodzenia to wszystko przywodzi na myśl bitwę na Polach Katalaunijskich, Termopile i Grunwald razem wzięte. Innymi słowy - horror.
Jak to dobrze, że po wszystkim możemy się wyżalić dobrym ludziom, albo poskarżyć innym nieszczęśliwcom. A to, że żona chce robić barszcz z torebki, że nic się jeszcze nie kupiło siostrze pod choinkę, że wszędzie łażą te stare baby, że ślisko jak jasna cholera, że sól wyżera buty, że znowu samochód zasypało, że trzeba okna umyć ("- czy pani też przymarzła ścierka do szyby?"). Wiadomo - przeciętny Polak uwielbia narzekać. Mało jest takich, którzy wracają do domu w dobry humorze po czym chwalą się swoimi małymi sukcesami i radościami. Że już się jest z powrotem w domu, że nie było korków, że to już prawie ferie, że kupiło się żonie ładny prezent, że lampki już się zawiesiło i ślicznie świecą, że karpie takie ładne i dorodne... 
A właśnie, karpie. Nie mogę chodzić na targ, bo nie jestem w stanie patrzeć tym biednym stworzeniom w oczy. Na szczęście nie przepadam specjalnie za ich smakiem (wolę pstrągi), więc nie czuję się później jak winowajca i hipokrytka. No, przynajmniej nie aż tak bardzo jak to mają niektórzy. Dlatego na naszym stole w tym roku karpia będzie niedużo - bardziej dla podtrzymania tradycji kupowania ryb u tych samych, sympatycznych dostawców niż obżarstwa. Wszak nie ma lepszych ryb niż te z Doliny Będkowskiej. Mili panowie starają się "załatwić sprawę" karpi jak najszybciej i jak najłagodniej, żeby się stworzenia zbyt długo nie męczyły. Bo nie wyobrażam sobie trzymać żywego karpia przez kilka dni w wannie, umywalce albo wiaderku, żeby potem walić go w łeb tłuczkiem raz po raz albo truć mydłem. (Podobno najlepszą i najspokojniejszą śmierć można karpiom zafundować spirytusem, ale nie wiem kogo stać na takie "wyrzeczenie").
Aha i proszę tych, którzy bojkotują w ogóle jedzenie jakichkolwiek ryb w czasie Świąt o wyrozumiałość - przypominam, że ta różowa szynka czy pachnący pasztet też miały plany na przyszłość.
Mimo tego rok rocznie, kiedy te biedne stworzenia patrzą na mnie z basenów, akwariów a nawet ekranu telewizora, to mi serce pęka. I przypomina mi się cytat z pewnego filmu: "Smucicie się nad martwym ptakiem, ale nie nad rybą. Szczęśliwi ci, którzy mają głos...".

kolaż 112

wtorek, 14 grudnia 2010

trochę o zimowych podróżach i wyglądaniu przez okna

Zima to przekleństwo podróżników, zwłaszcza (choć nie tylko) tych, którzy korzystają z usług PKP. O polskich kolejach można by napisać książkę i zapewne w dużej mierze przypominałaby ona Księgę Skarg i Zażaleń. Opóźnienia, odwołane połączenia, znikające perony a nawet stacje. Takie właśnie atrakcje funduje nam polski przewoźnik. Ot, chociażby ostatnio wracałam z zajęć do domu pociągiem-widmo. Owa zjawa została zapowiedziana przez panią z głośniczka, co jest o tyle istotne, że widmo jechało z nieopisanego peronu, o czasie, którego nie było na rozpisce, na dodatek z Sosnowca do stacji Tychy Miasto, co było zwyczajnie niemożliwe, gdyż nie było jeszcze wtedy takiego połączenia. Dodatkowo tajemniczy pociąg nie zatrzymywał się na stacjach, na których powinien był się zatrzymać, ale dojechałam do domu cało, bezpiecznie i co ciekawe, o czasie. Ot, „pociąg zaginiony”. Mimo takich przygód lubię jeździć pociągami, nawet zimową porą, kiedy tory się kurczą, trakcje są oblodzone, zwrotnice przymarznięte i co się tam niby jeszcze dzieje.
Śnieżna zima to ciekawy czas – niezwykle paradoksalny. Z jednej strony śnieg okrywa, przykrywa i zasypuje wszystko, sprawiając, że trudno cokolwiek znaleźć: wypadnięte z kieszeni klucze, zgubiony kolczyk, drogę do domu a nawet samochód, jeżeli dobrze w nocy pośnieży. Z drugiej jednak strony śnieg ujawnia wiele rzeczy – czy ktoś już tędy szedł, czy przechodziło tędy jakieś zwierze... Wystarczy się dokładniej rozejrzeć, a dostrzeże się ślady na białej powierzchni.
Wracając do tematu pociągów, moim ulubionym zajęciem jest wyglądanie w czasie jazdy przez okno. Nie tak dawno temu widziałam ogromnego samca bażanta, w pięknych rudo-złotych barwach, dumnie kroczącego środkiem nieczynnego peronu tyskiego dworca głównego. Kilka dni temu dla odmiany, wolno przejeżdżając przez las, miałam okazję oglądać sarnę przedzierającą się przez zaspy. Była ze trzy metry ode mnie i nie zwracała na mój pociąg większej uwagi. Było to bardzo przyjemne przeżycie. Można powiedzieć, że udzielił mi się jej spokój.
Zawsze po takich przygodach, kiedy pociąg przejeżdża i w tyle znika to, co dostrzegłam, rozglądam się ciekawie po wagonie chcąc się dowiedzieć, czy ktoś jeszcze to zauważył i czy przeżywa to tak jak ja. Jak na razie poniosłam same klęski i przeżyłam liczne rozczarowania, ale nie poddaję się. Może jeszcze będę miała z kim jeździć pociągami i wyglądać zimą przez okno.

Kolaż 058

środa, 8 grudnia 2010

o tajemniczym, białym pierzu i zimowych aniołach

Jak można przeczytać w "Słowniku mitów i tradycji kultury" Władysława Kopalińskiego, Anioł to: "w religiach Wschodu - istota niematerialna, pośrednicząca między bóstwem a ludźmi, wysłannik boga w mazdaizmie, judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, z gr. angelos 'poseł, wysłannik, zwiastun'." Najpopularniejsza internetowa encyklopedia podaje węższą definicję, mówiąc rzecz następującą:  "Anioł – według większości religii, w których to pojęcie występuje, byt duchowy, który służy i na różne sposoby wspiera działania Boga" a słownik synonimów dorzuca swoje trzy grosze, przypominając, że anioł (czy też aniołeczek, cherub, cherubin lub serafin) to także przenośnie "obrońca, patron, opiekun, poczciwiec, dobry duch/duszek, uosobienie dobroci".
Po tym teoretycznym wstępie mogę już powiedzieć, że w moim domu zaszył się anioł. Ot, tak sobie, bez wyraźniejszego powodu. Przynajmniej tak sądzę, bo się nie ujawnia. Przyszedł i się bez pytania ukrył w jakimś kącie, gdzie nikt go nie może zobaczyć. No i może bym nic nie zauważyła, gdyby nie fakt, że mój nowy skrzydlaty domownik łysieje. Dosłownie. Wszędzie na mieszkaniu wynajduję pióra - małe, białe i ewidentnie ptasie. Znajduję je leżące na dywanie, na stoliku, na piecu w kuchni... Nawet wczepione w koce i wkręcone we włosy. 
Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło. Grudzień to czas wzmożonej anielskiej aktywności. Mają przecież wiele do roboty. Poza zajęciami, które wykonują przez cały rok czyli na przykład przeprowadzaniem  samotnych dzieci przez kładkę nad przepaścią, objawianiem się wędrowcom w Bieszczadach, modlitwami wszelakimi do bóstw różnorodnych, złoto-świetlistymi zwiastowaniami i przynoszeniem ludziom dobrych wiadomości mają inne, typowo zimowe zajęcia. Ot chociażby trzepią poduszki. Dziko, szaleńczo i namiętnie, co było ostatnio doskonale widać. Poza tymi porządkowo-śnieżnymi zadaniami śpiewają, głównie w chórkach przy okazji szkolnych przedstawień jasełkowych (kto jeszcze nosił na gumce skrzydła z tektury i bibułki?) i budzą kilkuletnich pasterzy w spodniach z dresu i adidasach.  Dwudziestego czwartego grudnia też pracują, razem z Dziadkiem Mrozem, Świętym Mikołajem, Pierwszą Gwiazdką i Dzieciątkiem roznosząc prezenty, a przynajmniej tak słyszałam. Rzecz jasna w grudniu dochodzi im jeszcze namawianie ludzi do dobrego, wszelkiego rodzaju akcje charytatywne, zbiórki pieniędzy, jedzenia, zabawek i innych różności. A jeśli nawet nie robią tego same, to namawiają do tego nas, nieuskrzydlonych.
Nie wiem czy ten mój, domowy, zwyczajnie się ukrywa przed kolegami bo się uchyla od wykonywania obowiązków, czy może ma jakieś inne zadanie specjalne. W każdym razie mógłby się w końcu ujawnić i wyjaśnić mi, dlaczego  od czasu kiedy się pojawił moja nowa poduszka, którą niedawno kupiłam, robi się coraz cieńsza... Tajemnicza sprawa...

kolaż 072

środa, 1 grudnia 2010

nie całkiem na poważne o śniegu i o kobietach

Proszę bardzo - oto jest: pierwszy dzień grudnia i już śnieg, gdzieniegdzie po pachy, gdzieniegdzie po kostki, ale jest. Śnieży, prószy, sypie, pada, leci lub dymi. Tak czy siak, jest obecny chyba w całej Polsce.
Lubię śnieg. Tak, to zdanie jest w tym kraju przez większość obywateli traktowane jak bluźnierstwo, ale taka jest prawda. Lubię śnieg. Nie mam nic przeciwko niemu, wręcz przeciwnie. Prawdopodobnie należę do wymierającego gatunku zimowych czarownic, ale pewna nie jestem. Wszak patrząc na przedstawicielki płci pięknej, zaczynam tracić pewność, czy jestem kobietą, oczywiście w metaforycznym sensie.
Weźmy za pierwszy przykład przeciętną studentkę nauk humanistycznych: skórkowe kozaki na gładkiej podeszwie  (często z obcasem) zapewniających długie i malownicze "ślizgi" na śnieżnej powierzchni i mokrych posadzkach, świetnie chłonące wilgoć, dodatkowo ozdobione nowoczesnym wzorem solnych zacieków. Do tego piękny, cieniutki i króciutki płaszcz oraz szal lub apaszka, misternie zakręcony wokół szyi. Sporadycznie czapka, o większych walorach estetycznych niż grzewczych. Plus rozpuszczony śniegiem tusz do rzęs, jeżeli "Eksponat A" nie wykazał się przewidywalnością i nie zakupił wcześniej wodoodpornego. Tak wygląda przeciętna dziewczyna, w przedziale wiekowym 20-25 lat, w śnieżny, grudniowy poranek. Oj tak, ciężki jest żywot kobiety, jeżeli chce ona atrakcyjnie wyglądać.
I tu chyba mój problem. Ja nie chcę ładnie wyglądać. Ładnie to ja mogę wyglądać pod płaszczem, który i tak zdejmę i zostawię w szatni. Na ulicy ma mi być ciepło, sucho i wygodnie. Przejmy więc do omówienia "Eksponatu B": solidne, sprawdzone buty górskie, zapewniające szybkie i stabilne przejście z miejsca a do miejsca b, nawet przez największe zaspy. Długi, gruby męski płaszcz, w którym podobno wyglądam jest członek gestapo z wysoko postawionym kołnierzem. Gruba, wełniana czapka i szalik do kompletu, tak dokładnie i szczelnie obwiązany wokół szyi, że z twarzy widać tylko oczy. Zestaw dopełniają najcieplejsze rękawiczki, jakie "Eksponat B" mógł znaleźć w domu. 
Przyznaję, zestaw może mało atrakcyjny, ale jak w czymś takim nie kochać zimy? :) 
Pozdrowienia dla wszystkich zmarzluchów! 

Kolaż 170

środa, 24 listopada 2010

krótka notatka o krótkim śniegu i krótkich wierszach na ten temat

Ot i okazało się, że dobra ze mnie czarownica, która ma nosa do pogody. Tak jak przewidywałam w zeszłym tygodniu, zima już pojawiła się w mojej okolicy. Oczywiście nie na długo, była to raczej krótka wizyta będąca bardziej "zapowiedzią" niż oficjalnym "otwarciem sezonu". Tak czy siak, dziś spadł pierwszy śnieg. Był to ten rodzaj śniegu, który w wyraźny sposób jest zmieszany deszczem, jak to mówię. W końcu jednak mżawka odpuściła i pozostał sam czysty, lekki puch. Nie wiem dlaczego tylko ja ucieszyłam się na ten widok. 
W takich momentach od razu przypominają mi się wszystkie śnieżno-zimowe piosenki i wiersze: "Na całej połaci śnieg" Jeremiego Przybory, "Zadymka" Juliana Tuwima, a nawet "Im bardziej pada śnieg..." którą mruczał Kubuś Puchatek. Są to jednak utwory przepełnione "śniegowatością" - w czasie ich czytania lub słuchania wręcz widać tą białość i puszystość pod powiekami. Zwłaszcza "Zadymka" ma w sobie to coś.  Ten wiersz jest dla mnie kwintesencją zimy i "kołującej śnieżycy". Notabene jest najlepszym lekarstwem na długie, bezsenne noce, kiedy zbyt dużo myśli tłucze się po głowie. Szczerze polecam powtarzać to sobie cicho do snu - to najpiękniejsza i najskuteczniejsza kołysanka jaką znam. 
Nie są to jednak piosenki które nadają się na taką późno-listopadową pogodę, przepełnioną niestałością i krótkotrwałością. Znam chyba tylko jeden utwór, który sprostałby temu zadaniu - to "Temat" Tuwima:

Sypkim puchem z rozprutej pierzyny podniebnej
Wyfrunęły, kołując, lotne śnieżne płatki.
I o tym wiersz napisać? Choć miły, choć gładki,
Lecz z łaski nieproszonej, bo komu potrzebny?

Może, gdybym miał synka, dziecko zabobonne,
Pierwszym strachem wpatrzone w śnieżycę zawiłą,
Napisałbym dla niego tę nieprawdę miłą.
A tak - lepiej przemilczeć. Popatrzę. Zapomnę.

Śnieg już znikł. Najprawdopodobniej ja również popatrzę i zapewne równie szybko puszczę całą tę sytuację w niepamięć. Jest przecież tyle ważniejszych spraw... Zostanie mi tylko pierwsze, zimowe przeziębienie i wiersz. 

Kolaż 156

środa, 17 listopada 2010

o porach roku czyli o torcie czasu i jawnej niesprawiedliwości

Mamy jako ród ludzki nieznośną tendencję do wyznaczanie granic. Zawsze i wszędzie musimy nakreślić przynajmniej jedną, mocną krechę, która od tej pory definiuje "to" i "tamto". A przecież nie zawsze jest to łatwe, prawdziwe lub sprawiedliwe. Czasem granicy nie da się wytyczyć. Mówiąc poetycko, gdzie kończy się brzeg, a zaczyna morze? Bardzo często to miejcie stykania się dwóch przestrzeni, płaszczyzn i pojęć jest niezwykle płynne. Tak właśnie jest z porami roku.
Od dziecka tłucze się nam do głowy o czterech, równych kawałkach, sprawiedliwie wykrojonych z czasu jak z tortu. Chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że wiosna nie przechodzi gwałtownie w lato, tylko stopniowo dojrzewa, zmienia się i rozkwita, a moment przejścia jest niemożliwy do określenia, wciąż upieramy się przy rozdzielaniu ich na dwa całkowicie różne od siebie czasy. Godne potępienia postępowanie. Dlatego postuluję o przywrócenie z zakamarków naszej pamięci przedwiośnia i przedzimy oraz o ustanowienie dwóch dodatkowych pór "granicznych" pomiędzy pozostałymi porami roku. Tak dla sprawiedliwości. Ponieważ kiedy człowiek się wsłucha i otworzy oczy odczuje je wyraźnie, mimo iż one same wcale wyraźne nie są.
Ot, chociażby teraz, popatrzmy za okna, na ten dojrzały listopad. Przyznaję, moje obawy sprzed niecałego miesiąca nie spełniły się w stu procentach, chociaż trio mgły, szarości i deszczu faktycznie pojawiło się w moim życiu. Mamy więc pełnię jesieni - wieczory zapadają coraz szybciej, liście opadły z drzew a wszystkie Włóczykije na pewno odeszły już daleko na południe. Mimo tego zdążają się dni, kiedy wyraźnie słychać i czuć echo minionego lata, a może nawet sporadycznie - zapomnianej już wiosny. To te złote, słoneczne chwile wypełnione ciepłem i zapachem suchych liści. Gdzieniegdzie można zobaczyć ostatnie kwiaty, nie tylko w postaci chryzantem i astrów (jak doniósł mi Toft00, ostatnio natknął się na spacerze na iście wiosenne stokrotki), a pośród zielonych jeszcze traw szaleją liczne, różnokolorowe ptaki rozmaitych gatunków. Dzieci z przedszkola naprzeciwko wciąż jeszcze wychodzą na podwórko i bawią się na nowych huśtawkach. I mimo ich różnokolorowych kurteczek trudno uwierzyć, że to pełnia listopada.
Ale przy tym wszystkim, kiedy człowiek zamknie oczy i mocno wciągnie przez nos powietrze, wyczuje coś wyrazistego i specyficznego - woń nadchodzącej zimy. Ostatnio ten zapach jakby się wzmocnił, ale co się dziwić - już połowa listopada. Trudno mi się więc zgodzić z samkitsch, czy raczej napisem który widziała w kawiarni, oznajmiającym że "w tym roku zimy nie będzie". Coś mi się widzi, że chyba jednak będzie i choć to znowu nie tak daleka i mroźna północ jak mogłoby się niektórym wydawać, to w końcu przyjdzie i do nas. Na razie słychać tylko z oddali jej pierwsze akordy. 

Kolaż 021

sobota, 13 listopada 2010

o teorii klasycznego haiku i o tym, co wynika z niej w praktyce

Haiku piszę od stycznia 2008 roku. Urzekła mnie prostota i celność tej formy literackiej. Ukazanie tego, co obiektywne, przez to, co subiektywne. W przeciwieństwie do większej części literatury europejskiej w haiku nie chodzi o wymyślanie, przekonywanie do czegokolwiek i bycie na pokaz. Sens tej poezji nie kryje się tylko w formie 5-7-5. Chodzi w niej o uchwycenie chwili, jej sensu i subtelnego przemijania, "objawienie rzeczy powszechnej".
Oczywiście, to nie są jedyne wymogi. W internecie można znaleźć mnóstwo porad jak napisać dobre haiku i czym "to" właściwie jest. Można się więc w krótkim czasie dowiedzieć, że haiku nie może być rymowane, operować bogatymi słowami ani skomplikowanymi porównaniami. Powinno mieć puentę ale nie morał, ponieważ haiku nie jest "cytatem motywacyjnym", i tak dalej.
Poza podziałem na trzy wersy (który jest sprawą sporną. Oryginalne japońskie haiku składało się z jednej linijki, a podział trójwersowy stosuje się w tłumaczeniach i utworach pisanych poza Krajem Wiśni) w rozkładzie 5 na 7 na 5 sylab (czy raczej metrum, jeżeli dobrze pamiętam) dochodzą do tego jeszcze dwa istotne elementy:  kigo czyli "słowo na temat pory roku" oraz kireji - słowo odcinające, dzielące wiersz na niezależne części.
Jak jednak teoria ma się do praktyki? Sama nie raz, nie dwa nie spełniłam wszystkich "warunków". Jedyne czego trzymam się zawsze i nieodwołalnie, to podział sylabiczny. Ot, taka kobieco-artystyczna fanaberia. Po prostu osobiście uważam, że trzeba mieć czasem jakiś ogranicznik, który pozwoli na rozwój w wyznaczonej w ten sposób przestrzeni (to trochę jak dodatkowy obciążnik w czasie treningu). Jednak poza trzema wersami wypełnionymi siedemnastoma sylabami tekstu, jak bardzo ja i inni poeci przestrzegamy wszystkich zasad tradycyjnego haiku?
Często zdarzało mi się dorabiać do obserwowanego obrazu ideologię, nie raz, nie dwa pominęłam kireji a nawet kigo, mimo że często czerpię inspirację właśnie z przyrody i z pór roku.  Zdarzało mi się mówienie o sobie i swoich wewnętrznych przeżycia, a nawet układanie erotyków w formie zarezerwowanej dla haiku. Czy to źle? Nie wydaje mi się.
Świat się zmienia. Zmieniają się odbiorcy i ich wymagania. Zmienia się to, co dotyka twórców, więc zmienia się tematyka ich dzieł. Trzeba przyznać, że dosyć dużo tego "zmienia się". W takim razie, może i formy poetyckie powinny się zmieniać? Każdy klasyk i każda tradycja była kiedyś bulwersującą nowością, czyż nie? Być może jesteśmy więc świadkami narodzin czegoś nowego, jakiegoś haiku współczesnego albo jeszcze czegoś innego? ala, napisała mi niedawno komentarz o następującej treści:
(...) ja napisałam jedno [haiku] :
serduszka
na moich paznokciach
szepczą palcom miłość.
ale pewnie to nie haiku .(: 
A niby dlaczego to nie ma być haiku, droga alu? W mojej opinii w niczym twój wiersz  nie jest gorszy od tekstów Basho czy Shiki. Ja napisałabym to tak: palce stęsknione / tak pełne miłości do / nieobecnego. A Basho? Kto wie? Mimo iż bardzo go lubię i szanuję, to lepiej niech pozostanie w dalekim, XVII wieku.  

Kolaż 149
tłumaczenia wykorzystanych w kolażu wierszy również do przeczytania TUTAJ

poniedziałek, 8 listopada 2010

epitafium do zauroczenia czyli o dzisiejszych mężczyznach słów kilka

Długo zastanawiałam się czy poruszyć ten temat, ale w końcu moja irytacja osiągnęła punkt krytyczny, a rezerwy cierpliwości się wykończyły i świecą pustką. Sprawa dotyczy Niebieskookiego i współczesnych mężczyzn w ogóle. Mam jedno pytanie do świata jako całości: co się dzieje z tymi chłopami? 
Większość "nosicieli testosteronu" jak ich określiła Justyna, ma do kobiet i związków specyficzne podejście. Przykład - bycie ze sobą dwojga ludzi przez trzy lata jest uznawane za dziwne, niemożliwe lub niesmaczne. Tak, tak, "niesmaczne" - to cytat autentyczny, a nie wymysł autorki. Nie wiem, czy to jest kwestia spotykanych przeze mnie osób, czy to ze światem dzieje się coś dziwnego? Jeśli to pierwsze, chyba szybko muszę zmienić otoczenie, a jeśli to drugie, to koniec cywilizacji nadchodzi szybciej, niż przewidywali Majowie...
Co do Niebieskookiego, to znam go już dość długo, a od strony jego "błękitnego spojrzenia" od dobrego roku.  Cały (niedo-) rozwój tej relacji można prześledzić, przeglądając moją kolażową galerię z okresu tegorocznej zimy. W powietrzu wisiało przez ten czas dwunastu miesięcy wyraźne, obopólne zainteresowanie, wyczuwane nawet przez niezwiązane ze sprawą osoby trzecie. I cóż z tego? I nic. Wszelkie próby oswojenia spełzły na niczym i mój niedoszły luby nadal zachowuje się jak przerażony zając pod miedzą. Jednak, co ciekawe, trzy miesiące wakacyjnej rozłąki chyba go nie ostudziły, bo wciąż wysyła w moim kierunku płomienne i tęskne spojrzenia, których usilnie staram się nie zauważać. 
Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze mam dosyć bycia tą cholerną królewną siedzącą w oknie i czekającą na zmiłowanie pańskie. To nie w moim stylu. Po drugie, po co mi partner, który się mnie boi (lub przynajmniej sprawia takie wrażenie)? "Nawet jeśli kocha nad życie, cóż z tego, skoro kocha zbyt skrycie?" śpiewała Anna Maria Jopek. Jeśli kogoś to nie do końca przekonuje, to powołam się na inny przykład: pamiętacie scenę z filmu "WALL.E", kiedy to Eve się wyłącza, a Wall.e zabiera ją na randkę? Ciągnie za sobą na kablu, z wielkim trudem łapie ją za rękę na ławce i tak dalej? No to Niebieskooki zachowuje się właśnie jak Eve, z ta różnicą, że nie jest zresetowaną sondą kosmiczną.
Przykro mi bardzo z tego powodu. Będzie mi brakowało tamtej euforii, którą przelewałam w moje wiersze. Muszę jednak zrezygnować, bo zwyczajnie brakuje mi już sił, żeby to wszystko ciągnąć i "kochać za dwoje". Jak drzewo liście, straciłam wszelkie złudzenia. Mogę mieć tylko nadzieję, że wiosną znów się zazielenię.

Kolaż 018

sobota, 30 października 2010

o wielu twarzach, czyli o odbiorze ludzkich zachowań

Kiedy zaczęłam studiować, nie raz, nie dwa, słyszałam to, o czym doskonale wiem. Po pierwsze, ludzie mają naturalną skłonność do kierowania się pierwszym wrażeniem. Jest to pozostałość po przodkach dla których szybkie rozróżnienie "przyjaciel-czy-wróg" było jedynym ratunkiem przed zostaniem przekąską. Po drugie, z racji oszczędzania czasu (który można spożytkować na inne, ważniejsze rzeczy typu jedzenie, spanie i "płodzenie potomków") człowiek ma również tendencję do upraszczania. Bo i po co zagłębiać się w meandry umysły i duszy drugiej osoby, skoro można się zwyczajnie najeść. Właśnie tej oszczędności służą stereotypy. Po trzecie, naukowcy twierdzą, że pierwsze siedem czy osiem sekund znajomości decydują o jej dalszym przebiegu. Wtedy właśnie rodzi się sympatia lub antypatia, której bardzo trudno się później pozbyć.
Ale przecież my nie jesteśmy dziś mieszkańcami sawanny. Jesteśmy mądrzy, cywilizowani i nie poddajemy się pierwotnym instynktom. (Akurat...) Dla mnie oczywiste jest, że ludzie mają złożone charaktery, często składające się z wielu, zdawałoby się, wykluczających się cech. Rozmawiając z kimś, zawsze staram się o tym pamiętać. Przecież zależnie od otoczenia zachowujemy się różnie. Ta szara, cicha myszka z grzywką, spotykając się ze swoim chłopakiem, młodszą siostrą, przyjaciółką, może zachowywać się zupełnie inaczej niż w grupie rówieśniczej. A ten oschły, mrukowaty kurdupel, być może zasłania w ten sposób swoje zainteresowanie, bojąc się wyśmiania przez jakąś dziewczynę, kto wie?
Dziwi mnie więc, że często o tym zapominamy. Poznajemy jedną z twarzy naszego kolegi czy koleżanki i uznajemy za pewnik, że to całość jego charakteru. Często spotkało to także mnie, chociażby ostatnio, w czasie praktyk w muzeum. W ciągu jednego tygodnia usłyszałam dwie różne i równocześnie wykluczające się oceny mojej osoby. Usłyszałam więc, że jestem (podkreślam - nie "wyglądam", tylko "jestem", tryb oznajmiający) osobą pewną siebie, przebojową, zapewne pełniącą funkcję starościny roku, która szaleje po knajpach ze swoim chłopakiem i bandą przyjaciół. Chyba nigdy w życiu nie słyszałam większej bzdury. Chorobliwą nieśmiałość pokonałam z ogromnym trudem, głównie za pomocą "uśmiechu numer trzy", a i tak nadal czuję duży dyskomfort trafiając w nieznane otoczenie. Wszelkich odpowiedzialnych, "wysokich" stanowisk unikam jak ognia, a od zbiorowego wyjścia do knajpy wolę kameralnie posiedzieć w domu z przyjaciółką, książką lub dobrym filmem.
Kilka dni później od innego osobnika usłyszałam kolejną opinię. Takim samym pewnym, nie zanoszącym sprzeciwu tonem jak poprzednio zostałam poinformowana, że jestem osobą łatwo poddającą się manipulacji, podążającą ślepo za motłochem (cytat autentyczny), która nie ma ani jednej cechy rewolucjonistki. Powiem krótko - mógłby się chłop zdziwić. Kiedy coś zagraża rzeczom, które są mi bliskie, w ich obronie jestem w stanie bić się jak diabeł. Nieważne czy to są to rzeczy ważne, czy jakaś pierdółka, która daje mi przyjemność - nie dam ich skrzywdzić. Tak więc śmiech mnie ogrania, kiedy wspominam takie rozmowy i cechy, które zostały mi przypisane. Byłam już "wredną suką" i "promykiem nadziei", byłam "rozwiązłą ladacznicą" i "lodową dziewicą". Aktualnie jestem "wrażliwą romantyczką tworzącą piękne, małe rzeczy w świecie wielkich neonów" i "tą, co właśnie gra w Fallout 3 na złej karmie". Stąd moje pytanie. Kim w takim razie jestem? Jestem składową wszystkich tych cech, czy może jest mnie nieskończona ilość, bo dla każdego na zawsze pozostanę taką osobą, za jaką mnie uważa?
Pewnego minionego już dnia kwietniowego, przyjaciel (który zaczynał wtedy światową karierę modela i od tego czasu słuch o nim zaginął) zwrócił się do mnie z uwagą o moich ustach. Wygłosił wtedy opinię, jakobym miała bardzo nietypowy, wręcz rzadki typ urody. Wspominał coś o wydatnych kościach policzkowych, małych, kształtnych usteczkach i twarzy, dość zabawnie w modelingu określanej jako Doll Lala. Tak więc gdybym chciała (a podobno wszyscy chcą - ja też, nawet jeśli o tym nie wiem), to miałabym spore szanse na zrobienie kariery w zawodzie modelki. Do dziś nie wiem, czy mówił poważnie, czy jawnie sobie ze mnie żartował, jednak bardzo mnie to wtedy rozbawiło i równocześnie utkwiło w pamięci. Nigdy bowiem nie powiedziałabym o sobie, że mam urodę, tu cytat, "rasową, ze względu na występowanie tylko w określonych kręgach kulturowych", cokolwiek miałoby to znaczyć. Raczej wręcz przeciwnie, od dziecka prześladowała mnie piosenka o mojej imienniczce - lalce niedużej, szmacianej - która, można powiedzieć idealnie mnie opisywała, przynajmniej w moich własnych oczach. Zawsze byłam bowiem bardziej typem trampa niż modelki. I tu rodzi się pytanie, kto z nas miał rację i które spojrzenie było bardziej prawdziwe? Żadne, a może oba? Tak czy siak, chyba dobrze powiedział ten, który twierdził, że "imię nadaje pewien charakter osobie je noszącej" i zawsze już będzie mnie prześladować lalka.

Kolaż 009

czwartek, 28 października 2010

krótka i luźna notatka o trzech rodzajach muzyki

Jak już kiedyś pisałam, nie znam się na muzyce. Po prostu słucham jej, ale się nią nie pasjonuję. Moje zainteresowanie kierowało się w inne strony, między innymi ku wszelkiego rodzaju japońszczyźnie (co było do przewidzenia).
W tej chwili przychodzi mi na myśl Usagi Yojimbo, a dokładniej rozdział z tomu "Daisho", pt.: "Muzyka Niebios". Główny bohater, ronin Usagi, spotyka w nim buddyjskiego mnicha, grającego na flecie shakuhachi. Tłumaczy on wojownikowi, że istnieją różne rodzaje muzyki. Przede wszystkim istnieje muzyka natury, którą żeby naprawdę usłyszeć, trzeba najpierw docenić. "Morskie fale uderzają w skały jak w bęben" mówi mnich. "Grają drzewa, doliny i góry. Niektóre dźwięki są chropowate i brutalne, a inne delikatne i lekkie. Niektóre grzmią nam w uszach, gdy inne szepcą z oddali". Słuchając drzew szemrzących na wietrze trudno się z tym nie zgodzić.
Później jest jeszcze muzyka ludzka, wytwarzana na różnego typu instrumentach oraz coś, czego człowiek nie jest w stanie usłyszeć, a co mnich-grajek nazwa Muzyką Niebios. Myślę, że można to porównać do  słynnej Muzyki Sfer Niebieskich, o ile oczywiście nie jest to jedno i to samo. Podobno owe harmonijne dźwięki, wydawane przez ruch planet i gwiazd, w historii ludzkości słyszały tylko dwie osoby: Pitagoras i święty Franciszek z Asyżu. Notabene owa grecka idea gwiezdnej muzyki, w średniowieczu przeszła ewolucję i zmieniła się w Muzykę Niebieską, która miała być tworzona przez anioły, już poniżej sfery gwiazd. Prawdopodobnie to właśnie w ten sposób "narodziły się" Chóry Anielskie.
Chór Anielski słyszałam tylko raz, dwa lata temu. Sceneria nie była zbyt odpowiednia do tego typu objawienia, a może wręcz przeciwnie, kto wie? - centrum Katowic, niezadaszone przejście między budynkami, w których znajduje się między innymi Galeria Sztuki Współczesnej. Początek grudnia. Było to coś, co przypominało wykonywaną a cappella pieśń pomieszaną z dalekim szumem samochodów i szelestem spadającego śniegu. Paulina, która mi wtedy towarzyszyła, upierała się, że to tylko próba chóru mieszanego, która według niej miała wydobywać się na dwór przez jedno z uchylonych okien. Doskonale wiem, że miała rację, ale lubię siebie przekonywać, że była to jednak Muzyka Niebios. Ot tak, dla własnej przyjemności.
O wiele częściej słucham jednak ludzkiej muzyki i choć nie jestem fanką pieśni chóralnych, to czasem nie mogę się oprzeć, żeby nie posłuchać dziewczyn z chóru gimnazjum nr 3 w Tychach, w którym śpiewało kilka moich koleżanek. Jestem bowiem szczęśliwą posiadaczką ich pierwszej i niestety jedynej, ostatniej płyty. Parę dni temu dowiedziałam się, że po prawie dziesięciu latach chór zakończył swoją działalność. Wielka strata. Ale pozostało mi na pamiątkę najpiękniejsze "Save me, my Lord" jakie kiedykolwiek słyszałam.

Kolaż 161
"Save Me, My Lord" na siedem głosów, w wykonaniu Chóru Gimnazjum nr 3 im. Jana Pawła II w Tychach, pod dyrekcją Izabeli Dawidowskiej-Nowak, 2008 rok.
*
Serdeczne podziękowania dla Jonasza, za okazaną, techniczną pomoc! Dzięki Josz!

niedziela, 24 października 2010

"deszcz kropił na jego zielony kapelusz" czyli o melancholii październikowej

Polski, złoty październik chyba na dobre wycofał się w tym roku z mojego życia. Powróciła szara, zimna pogoda i "deszcze od których mam dreszcze" jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Staram się co prawda nie poddawać złemu nastrojowi, ale zdaję sobie sprawę, że będzie mi ciężko zachować optymizm. Nie wiem czy jestem meteopatką czy zwyczajnie łatwo dopada mnie melancholia (lub mówiąc mniej wzniośle - "dół"), tak czy siak koniec października to dla mnie zawsze początek jesiennych dąsów, niestety.
Głównie jest to spowodowane tym, że nastaje wtedy pogoda "listopadowa", której nie znoszę i do której nigdy nie umiałam się przekonać. Robi się zimno i mokro, kwiaty więdną lub usychają w ogródkach, a targowiska warzywne tracą kolory. To wszystko nieodzownie kojarzy mi się z "Doliną Muminków w Listopadzie" i ostatecznym odejściem Włóczykija. "Deszcz kropił na jego zielony kapelusz i na płaszcz nieprzemakalny, który też był zielony, szemrał i pluskał ze wszystkich stron, a las otaczał go łagodną, cudowną samotnością" jak pisała niezastąpiona Tove. (Dziękuję za przypomnienie mi tego fragmentu, toft )
Tak jest co roku, ale teraz jest chyba jeszcze gorzej. Wymarzony temat pracy licencjackiej został w zeszłym tygodniu odrzucony przez moją promotorkę, zanim zdążyłam go na dobre sprecyzować i ubrać w ładne słowa. Nie muszę mówić, że do teraz jestem z tego powodu bardzo rozgoryczona. Zwyczajnie nie tego oczekiwałam i jestem rozczarowana tym stanem rzeczy. Wracając do domu z uczelni także nie dostrzegam niczego optymistycznego. Wszystko spłowiało i poszarzało, a co gorsza - wyłysiało na dobre. Jakby tego było mało, w tej drzewnej nagości wyraźniej objawiły się gawrony i inne ptaszyska żałobne. Nie powiem - od dziecka bardzo je lubiłam, "choć czarne to-to i w ziemi się dłubie", jednak trzeba przyznać, że nie nastrajają  one optymistycznie. Ale przecież nie będziemy ich tutaj za to winić. 
Noce także nie dają odpoczynku od złego humoru - szybko zapadające wieczory zachęcają do oglądania filmów. Jestem jednak osobą która lubi łączyć przyjemne z pożytecznym, mój wybór pada więc ostatnio na filmy, które muszę obejrzeć do egzaminu, który czeka mnie w najbliższej, zimowej sesji. Czego by nie mówić, włoski neorealizm jest cudowny, ale "Złodzieje rowerów" lub "Rzym, miasto otwarte" mimo swojej niezaprzeczalnej urody nie podnoszą mnie na duchu, a raczej dołują mnie z zawrotną siłą i doprowadzają na skraj płaczu. 
Rozczarowanie dorwało mnie również w sferze uczuciowej. Przekonanie, że trzy miesiące wakacji pozwolą mi się wyleczyć z bolącego serca i beznadziejnego zauroczenia Niebieskookim, okazało się być błędne. Spotykam go sporadycznie, a później znów nie śpię nocami. 
Jedyna nadzieja i pocieszenie w tym, że być może z tego wszystkiego powstaną jakieś ładne wiersze...

Kolaż 075

sobota, 16 października 2010

o samoświadomości, czyli krótko i prosto o rzeczach ważnych

Podobno psy nie widzą większości kolorów. Mówiąc prosto i bez zagłębiania się w biologiczne szczegóły, psie oczy są zbudowane inaczej niż ludzkie. Z tego powodu nasz mały Reksio czy Azor postrzega świat w zupełnie inny sposób niż my, a mianowicie w wielu odcieniach szarości, błękitu i żółci. Tak więc w czasie, kiedy nasza tęcza jest siedmiobarwna, dla psa składa się ona tylko z tych trzech kolorów widocznych w różnym natężeniu. 
Teraz z innej beczki - wiele owadów żyje jedynie przez rok, na przykład motyle. Większość życia spędzają one w formie gąsienicy, by później stać się poczwarką i w końcu objawić się światu w formie dorosłej, imago. Oczywiście zależy to od gatunku, jednak niewiele z owadów istnieje w tej postaci dłużej niż jeden sezon. Zwykle czas życia imago wynosi od kilku godzin do paru miesięcy i rzadko trwa dłużej niż pół roku. 
Zmieniając wątek - dziecięciem będąc (trochę wyrośniętym, ale jednak dziecięciem) dorwałam w swoje łapki książkę Josteina Gaardera "W zwierciadle niejasno". Wtedy zrobiła ona na mnie wielkie wrażenie, jednak poza głównym wątkiem dotyczącym śmiertelnej choroby małej dziewczynki i jej rozmów z Aniołem, niewiele dzisiaj pamiętam ze szczegółów tamtej historii. W pamięci zapadł mi jednak fragment, w którym dziewczynka próbowała wytłumaczyć realny, fizyczny świat Aniołowi, będącemu bądź co bądź "astralnym tworem" bez "głodnego, nieskromnego cielska" i "woru zmysłów" (cytując Bronisława Maja). Próba wyjaśnienia swoich zmysłowych odczuć istocie pozbawionej jakiegokolwiek czucia była - jak łatwo się domyślić - niezwykle kłopotliwa i trudna. Dała jednak dziecku świadomość swojego ciała oraz bodźców, które odbiera. I tutaj właśnie przechodzimy do sedna. 
Patrząc na psa, motyla i Anioła, oraz porównując ich egzystencję z naszym, człowieczym istnieniem trudno nie dojść do wniosku, że jesteśmy szczęściarzami. Przewyższamy naszego Burka w zakresie postrzegania kolorów i w przeciwieństwie do niego możemy cieszyć nasze oczy fioletem, zielenią i czerwienią. W odróżnieniu od motyli żyjemy bardzo długo. Przeciętna długość życia polaka wynosi 68, a polki - 77 lat. Odmiennie od Aniołów mamy ciała wyposażone w nerwy czy kubełki smakowe. Dzięki temu możemy cieszyć się różnorodnością bodźców, które do nas docierają - ciepłem i zimnem albo smakiem pastylek miętowych.
Człowiek to jednak dziwne stworzenie, które bardzo łatwo się przyzwyczaja i zaczyna czegoś żałować dopiero po fakcie. Może więc warto otrząsnąć się z "otumanienia codzienną egzystencją" i zacząć żyć ze świadomością? Radować się z mglistych poranków i faktu, że czujemy jak marzną nam wtedy dłonie. Cieszyć się z możliwości wielokrotnego obserwowania zmian, które co roku zachodzą w przyrodzie oraz napawać się widokiem sójki o błękitnych piórkach skaczącej gdzieś między drzewami. W końcu inni nie zawsze mają tyle szczęścia co my. 

czwartek, 7 października 2010

o rzeczach ważnych i tych mniej istotnych, czyli o różnicy spojrzeń

Ludzie mają różne gusta, o których, jak wiadomo, "się nie dyskutuje". Można by tutaj mnożyć przykłady takich różnic w odbiorze. Ot, chociażby, dzisiejsza egzemplifikacja. Jadąc rano na uczelnię, dyskutowałam żywiołowo z moją dobrą, wieloletnią koleżanką, aktualnie studiującą filologię polską na tym samym wydziale, co ja. W pewnym momencie rozmowa zeszła na nadmierne sfeminizowanie i brak przedstawicieli płci brzydkiej na kierunkach humanistycznych. Studentka Filologi nie omieszkała mi przy tym donieść, że jedyny mężczyzna, który znalazł się na jej specjalizacji jest, krótko mówiąc, brzydki i nieatrakcyjny. Po wysłuchaniu dokładnego opisu  owego młodzieńca (trzeba tu zaznaczyć, że student miał być bardzo charakterystyczny), zmieniłyśmy temat. Pewnie nie wracałabym już do tego, gdyby nie fakt, że tegoż właśnie osobnika spotkałam kilka godzin później na naszym wydziale. I powiem szczerze - jak dla mnie, to wcale nie był aż taki nieatrakcyjny. Wręcz przeciwnie.
Takich historii jest dużo, dużo więcej. Chciałabym jednak powiedzieć o czymś innym. Fascynuje mnie to, że pewne drobiazgi dla niektórych mają ogromną wartość i odwrotnie - rzeczy wielkiej rangi niektórych w ogóle nie dotykają i nie obchodzą. To jednak nic dziwnego, w końcu każdy człowiek jest inny, więc może inaczej pewne rzeczy odbierać i wartościować. Jesteśmy jednak istotami społecznymi i musimy mieć świadomość,  że to co dla nas akurat jest mało istotne, dla innych może być najważniejsze na świecie (i wręcz przeciwnie).
Moje praktyki zawodowe trwają nadal. Przez cały miniony tydzień byłam w rozjazdach, kursując naprzemiennie miedzy domem, uczelnią i  miejskim muzeum. W sumie zdążyłam się już przyzwyczaić. Aktualnie pomagam organizować wystawę dla sąsiadującego z nami Domu Kultury. Koło Rencistów, Emerytów i Inwalidów obchodzi swoje pięćdziesięciolecie i z tej okazji planuje huczne obchody oraz wystawę "archiwalnych" fotografii. Przypadło mi więc zaszczytne zadanie układania zdjęć z kuligów, spotkań opłatkowych i innych wycieczek górskich w antyramach oraz przygotowanie opisów. Szczerze powiedziawszy zajęłam się tym z przyjemnością - lubię być potrzebna i wykonywać tego typu prace. Mimo wszystko ciężko było mi odczuwać zachwyt i jakąś większą dumę z tego powodu - w końcu to nic ważnego.
Okazało się jednak, że to moje "nic ważnego" spotkało się z zachwytem i radością pewnej starszej pani z Zarządu owego Koła Emerytów. Widząc jej entuzjazm, rozradowanie oraz zadowolenie nie mogłam się nie uśmiechnąć. Nie chcę z siebie robić drugiej Amelii Poulain. Dobrze jednak wiedzieć, że czymś dla nas niepozornym, można kogoś tak ucieszyć. I myślę, że warto to robić, zwłaszcza jeśli nic nas to nie kosztuje.
A ja? Dalej jeżdżę autobusami linii 1 i 75, układam wiersze i wyglądam przez okno, patrząc jak dobrze mi znane, przydrożne drzewa zmieniają się z dnia na dzień, coraz silniej żółkną i czerwienieją, a upadłe liście ganiają się między samochodami po ulicy. Ot, taka moja mała i nieważna przyjemność.

Kolaż 039

środa, 29 września 2010

o upadku lata, złotym czasie i powrocie deszczu

Ostatni tydzień faktycznie spędziłam na czerpaniu niemądrej, dziecięcej radości z ostatnich ciepłych dni. Z przyjemnością wyprawiałam się na długie spacery, najchętniej w kierunku oddalonego od mojego domu o jakieś trzy kilometry sklepu meblowego. Dlaczego akurat tam? Z dwóch powodów.
Po pierwsze sklep posiada dział ogrodniczy z dużym... z braku lepszego słowa nazwijmy to "ogrodem" - chociaż brak mu duszy i charakteru żeby używać tego miana, to niestety nie mam lepszego pomysłu na określenie niezadaszonego miejsca z kwiatkami w donicach lub wkopanymi w ziemię. Tak czy siak, ta raczej pozbawiona innych odwiedzających przestrzeń, okazała się być ostatnim bastionem upadającego lata. Liście sprzedawanych drzewek dopiero zaczynały zmieniać kolory i opadać, a w sadzonkach wrzosów i chryzantem można było zobaczyć uwijające się pszczoły i duże, pijane motyle - prawdopodobnie ostatnie w tym roku.
Po drugie dowiedziałam się przypadkiem, że dział tapet oferuje darmowe próbniki, przez co niespodziewanie stał on się dla mnie źródłem zaopatrzenia w materiały na kolaże. Wiem, wiem, ta "degustacja" jest tylko dla późniejszych kupujących, ale postanowiłam wyłączyć sumienie i nie zwracać na to uwagi - w razie czego powiem, że mam bardzo duży dom i w ogóle nie umiem się zdecydować. (Efekty tych wypraw łowieckich można zobaczyć w mojej galerii na deviantart.com). Po tym odkryciu z lubością kierowałam się właśnie w stronę owego sklepu, żeby wrócić do domu ze stertą tapetowych zrzynków i naręczem nowych liści do zasuszenia. Przyjemność z tych spacerów była tym większa, że jesień w końcu pokazała swoje złote oblicze. Przy ulicy Dębowej klony pięknie zmieniały kolory, a topole zrzucały swoje liście w kształcie pożółkłych serc (paradoks - po zmianie kierunku dawnej ulicy, nie zmieniono jej nazwy. W ten sposób przy Dębowej nie rośnie ani jeden dąb). Trochę dalej, na skwerze sporadyczne stuknięcia i trzaski dawały znać, że nadszedł wreszcie czas zbierania kasztanów. Oczywiście nie mogłam się oprzeć - każdy kasztan zdawał się wołać: "Weź mnie ze sobą do domu!". Jak tu nie ulec takiej prośbie? 
Niestety nic w przyrodzie nie trwa wiecznie i oto za moim oknem znów pojawiła się znajoma szarość, zimno i deszcz. Nie będę ukrywać, że kiedy to nastąpiło byłam bardzo rozczarowana. Mój ukochany czas roku znów został pokonany przez smutny, przedwczesny listopad - bo nie każdy wie, że dla mnie listopad to stan "ducha" pogody, a nie wytyczony datami miesiąc. W ten sposób ponownie zaszyłam się w domu, usilnie broniąc się przed chłodem i chandrą. 
Nie mówię, że jest to zły okres bez żadnych plusów, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie - ostatnie dni okazały się być dla mnie niezwykle płodne, zarówno w poezji jak i w kolażach. Mimo tego trochę mi smutno, że złote światło, babie lato i żółto-szkarłatne liście zniknęły spłukane deszczem i tylko te ostatnie zatrzymały się na kratkach ściekowych, jakby wypłukane z barw. Teraz jedynie koszyk pełen kasztanów i stojący na parapecie, oprawiony w ramkę Włóczykij, którego dostałam od kunie-kundy, dają mi pewność, że to za czym tęsknię nie było tylko snem nocy jesiennej.

Kolaż 142
(A Włóczykij autorstwa kunie-kundy do obejrzenia tutaj.)

środa, 22 września 2010

o drapieżnej biurokracji i złotej polskiej jesieni

Od jakiegoś czasu staram się spełnić uczelniany obowiązek i odrobić trzy tygodnie bezpłatnej praktyki studenckiej. Miałam ambitny plan załatwienia całości we wrześniu, tak, żeby październik zacząć już z czystym kontem. Niestety przedłużająca się angina i późniejsze problemy zdrowotne pokrzyżowały te plany. Mimo tego szczęście się do mnie uśmiechnęło - muzeum w sąsiednim mieście narzekało właśnie, że mają remont i bałagan, więc przydałby się im jakiś miły, naiwny osobnik, który pomógłby im później przy organizowaniu wystawy. Od razu powiem, (nie bez pewnego zadowolenia)  ten miły i naiwny osobnik, to ja. Załatwienie sobie praktyki to wbrew pozorom ciężka, wręcz syzyfowa praca, która pochłania mnóstwo czasu i nerwów. Nie wiedzieć czemu praktycznie nikt nie chce przez trzy tygodnie mieć dodatkowej, darmowej siły roboczej, więc piętrzy przed takim nieborakiem problemy w różnych formach. Wyglądało na to, że mnie to ominie - jakże byłam naiwna. 
Miły pan, który wstępnie mnie przygarnął i pomaga mi aktualnie przebić się przez papierową puszczę biurokracji, spotkał się ze mną w połowie września celem omówienia przyszłej współpracy i przejrzenia przyniesionych przeze mnie skierowań, podań i innych druczków. Pokiwał głową, powiedział co powpisywać w poszczególne tabelki i wysłał mnie do lekarza, celem zdobycia u niego zaświadczenia o moim "zdrowiu i urodzie", które pozwalają mi podjąć quasi-pracę w muzeum. Owe zaświadczenie udało mi się zdobyć bez żadnych trudności, więc dzisiaj znowu pojawiłam się w urzędzie. Papiery zostały ponownie przejrzane i potwierdzone, zostałam więc skierowana do kadr.
Kadry okazały się być małym, wściekle różowym pokoikiem, z trzema paniami w różnym stadium "zropuszenia urzędowego". Główna ropucha, najmniejsza i najbardziej różowa z całej grupy, dała popis opanowanego po mistrzowsku administracyjnego lekceważenia, biurowej pogardy i umiłowania papierków. Z lubością zaczęła wypytywać mnie napastliwym tonem: - po co przyszłam? - z jakiej racji? - kto mnie niby przyjmie na tą praktykę?  (ostatnie słowo zostało powiedziane z takim jadem, że zapis kursywą jest jak najbardziej na miejscu) - ile to ma trwać? - czy mam odpowiednie dokumenty?
Po odpowiedzeniu na ostatnie pytanie, wręczyłam ropusze teczkę z wszystkimi papierkami. Przejrzała je pobieżnie, po czym stwierdziła, że nie mam zgody od burmistrza, a jak ja sobie wyobrażam przychodzić tutaj bez zgody burmistrza, tak z ulicy, mam natychmiast wracać do domu i napisać podanie o wydanie zgody na odbycie praktyki, oczywiście z uprzejmą prośbą, to być może zostanie ona rozpatrzona pomyślnie i wtedy pani ropucha lub któraś z jej koleżanek prześlą mi dokładną listę tego, co mam przynieść do kadr i być może mnie przyjmą.
Szczerze powiedziawszy opadły mi ręce. Mimo tego podziękowałam na tyle ładnie, na ile było mnie stać, pożegnałam się i wyszłam. Wspomniany wcześniej przeze mnie pan, który był obecny przy tej rozmowie, pomógł mi na miejscu napisać owo podanie i zanieść gdzie trzeba, żebym po pierwsze nie jeździła tam i nazad, a po drugie żebyśmy wszyscy - ja i pracownicy muzeum - nie musieli czekać kolejny miesiąc na moje "zatrudnienie".
Po tym wszystkim wyszłam z budynku. O dziwo, nawet się nie zdenerwowałam i mimo komplikacji byłam całkiem zadowolona. Pogoda wreszcie dopisała, szłam więc spokojnie na przystanek ciesząc oczy słońcem i żółknącymi liśćmi. Gdzieś dalej na rynku grała jakaś amatorska kapela uliczna, a w powietrzu czuć było zapach ciastek z pobliskiej piekarni i daleką woń jesieni. To ten charakterystyczny zapach odległych ognisk i mgły, który nieodzownie kojarzy mi się z odlotem ptaków i pełnią jesieni. Wracałam do domu spóźnionym autobusem, z przyjemnością wyglądając przez okno i słuchając lektora, który ze śmiertelną powagą tłumaczył mi różnicę pomiędzy una patata i molte patate.
Co z tego, że zacznę praktyki najwcześniej dopiero dwudziestego dziewiątego września? W ten sposób mam jeszcze tydzień, żeby swobodnie i bez trosk cieszyć się złotą, polską jesienią.

niedziela, 12 września 2010

o jesiennych deszczach i muzyce

Nie wiem jak sprawy pogodowe mają się w innych rejonach naszego pięknego kraju, ale u mnie ostatnio ciągle pada. Są to różne rodzaje opadów - od lekkiej, przypominającej zasłonę mżawki na której marszczy się nos, po ściany huczącego o dachy i chodniki deszczu. Zakładałam, że wrzesień będzie ciepły i słoneczny, a ja będę jeździć po bliższej i dalszej okolicy ciesząc nogi wędrówką, a oczy pierwszymi oznakami jesieni. Te ambitne plany spełzły jednak na niczym, a moja skromna osoba zabarykadowała się w domu pod stertą koców z solidną porcją książek, żelków i napojów rozgrzewających na podorędziu. Ale, parafrazując pewien gadający świecznik, "czy może się to odbywać bez muzyki?"
Nie mam tu oczywiście na myśli tylko melodii sączącej się z głośnika. Późnymi nocami, kiedy nie umiem zasnąć, lubię sobie spokojnie poleżeć i posłuchać co się dzieje za oknem. Niezwykłe, jak wiele dźwięków potrafi wydawać słota jesienna. Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, opatrując tę złożoną orkiestrę etykietką "bębnienie", rzadziej "szumienie", "szeleszczenie" lub "dzwonienie" ("o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...").
Nocą, kiedy człowiek nie ma nic lepszego do roboty, a żadne hałasy nie rozpraszają uwagi warto się wsłuchać w te różnice. Nie mam wykształcenia muzycznego, słyszę jednak duże, ciężkie krople uderzają nieregularnie o daszek okna i płyty mokrego chodnika, zupełnie jak na koncercie jazzowym. Innym razem słychać owacje, kiedy wiatr dorzuca swoje trzy grosze i porusza gwałtownie liśćmi na drzewach. Czasem zaś mam nawet wrażenie, że słyszę mżawkę i dźwięk ten do złudzenia przypomina mi szelest jedwabnego tiulu - jest to dźwięk lekki, miękki, ale równocześnie trochę ziarnisty. Słyszę go czasami przed zaśnięciem, ale nigdy nie wiem, czy słysząc go już przypadkiem nie śnię.
Moje dalsze rozpisywanie się w tym temacie i tworzenie szerszego opisu różnic uznaję za zbędne. Kto jest otwarty i ciekawy na pewno sam się wsłucha w "bębnienie" o szybę - tej jesieni będzie jeszcze dużo okazji. Mimo wszystko nie każdy lubi deszcz i najmniejsza nawet mżawka sprawia takiemu ktosiowi przykrość. Żeby więc trochę rozproszyć ten deszczowy klimat, ale pozostać w temacie muzycznym, wspomnę jeszcze krótko pewną sprawę, o której dowiedziałam się niedawno.
Kto bywa w Katowicach, mieszka tam, pracuje lub się uczy, być może zna pewnego starszego pana, którego można spotkać pod wiaduktem kolejowym obok kinoteatru Rialto. Trudno go pomylić z kimś innym. Owy pan nie tylko bowiem gra na skrzypcach, ale jest również wyposażony w kasę fiskalną. Pytanie "po co mu ona?" nasuwa się samo. W końcu ilu dziennie muzyków ulicznych można spotkać w takim mieście jak Katowice i żaden z nich nie wystawia rachunku za graną przez siebie muzykę.
Odpowiedź na tę zagadkę jest prosta, ale dość zaskakująca i na swój sposób niezwykła. Swego czasu owy pan prowadził własną działalność gospodarczą, miał dwa kioski na dworcu w Katowicach. Szczęście się jednak od niego odwróciło, interes upadł, a pan Władysław stracił swoje źródło dochodów. Żeby jakoś żyć imał się różnych zajęć, nawet zbierania złomu i żebractwa. W końcu znalazł w domu swoje szkolne skrzypce. Teraz gra obok kinoteatru, oficjalnie i legalnie - na powrót założył bowiem działalność gospodarczą, a z każdego zarobionego w ten sposób grosza rozlicza się z ZUSem, płaci podatki. Byle jakoś dożyć do emerytury.
To wyjaśnienie poruszyło mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Jeśli więc spotkacie kiedyś w Katowicach pana Władysława Tomczyka, wrzućcie mu do kapelusza złotówkę czy dwie.

kolaż 043

poniedziałek, 6 września 2010

o poczcie, czekaniu na listy oraz o tęsknocie

Wszyscy narzekają jak nędzną i powolną instytucją jest dziś Poczta Polska. Pocztówka ze Zwardonia do Tychów idzie tydzień, czyli niewiele krócej od listu z Tychów do Grajewa. To naprawdę przygnębiające i żenujące, zwłaszcza gdy pamięta się opowieści jak sprawnie działał dawniej system pocztowy. W połowie XVI wieku z Gdańska do Warszawy jechało się cztery dni, podczas gdy list docierał na miejsce dwa razy szybciej.
Mimo wszystko są chwile, kiedy takie powolne tempo z którym mamy obecnie do czynienia nie jest wcale takie uciążliwe. Ot, chociażby, kiedy wypatruje się listu miłosnego i cały ten czas, który spędzamy zwykle na pełnym zirytowania czekaniu, zmienia się w wytęsknione oczekiwanie, pełne wyglądania listonosza i ciągłego zerkania do skrzynki. Oczywiście, takie podejście nie jest częste, ale możliwe – wszystko zależy od nastawienia adresata.
Moja skrzynka pocztowa jest na razie pusta. Nie oczekuję listu. Przypomina mi się jednak niedawna wypowiedź mojej koleżanki, kiedy to byłyśmy razem na wyjeździe. Wyraziła wtedy opinię, że ja, jako osoba „samotna” i w przeciwieństwie do niej niezaangażowana w żaden związek, mam szczęście, bo nie tęsknię tak jak ona. Nie przyznałam tego od razu, ale zrobiło mi się trochę przykro. To, że aktualnie jestem sama nie oznacza, że zapomniałam jak to jest być zakochaną. Tęsknię za tamtym radosnym podnieceniem, szybciej krążącą krwią, nieopanowanym uśmiechem i blaskiem w oczach. Mam znajomego, który pomimo kilku lat związku z tą samą dziewczyną, wciąż jest w niej szaleńczo zakochany, a kiedy o niej opowiada, twarz mu się rozświetla. Pamiętam u siebie ten stan i tęsknię za nim.
Wypatruję także mężczyzny, którego (być może) nawet jeszcze nie spotkałam. Mówiąc inaczej, po prostu marzę o kimś, w kim mogłabym się naprawdę zakochać. Teraz tylko czekam nocami i jak kolaż składam sobie jego twarz z urywków snów, wizji i marzeń. Zupełnie jak Ania z Zielonego Wzgórza której (o ironio!) nigdy nie lubiłam.
I chociaż tęsknię za czymś nieuchwytnym i nie do końca materialnym, to tęsknię codziennie i nie mniej prawdziwie od was.

kolaż 119

środa, 1 września 2010

o pyłku na wyjściowej marynarce świata

Leżąc w zeszłym tygodniu w łóżku i walcząc z anginą oraz stanem podgorączkowym, z czystym sumieniem oddawałam się całodniowej, nieprzerwanej lekturze. Mój wybór padł na „Shoguna” Jamesa Clavell'a (zawsze miałam słabość do japońskiej tematyki). Spośród 439 przeczytanych stron moją szczególną uwagę zwrócił jak na razie krótki, dwu-zdaniowy akapit. Brzmi on następująco:
„Jakie piękne jest życie i jakie smutne! Jak ulotne, bez przeszłości i przyszłości, obecne w bezgranicznym teraz!”.
Momentalnie skojarzyłam ten fragment z haiku, które ułożyłam przed rokiem. Pamiętam, że był to początek czerwca, niedługo miała się zacząć sesja, a studenci koczowali na chłodnych, uczelnianych korytarzach, kryjąc się przed upałem i ucząc na następne zaliczenia. Odrywając wzrok od własnych notatek zobaczyłam kurz wirujący powoli i spokojnie w smugach światła wpadającego do środka przez brudne okna. Dziwnym zbiegiem okoliczności chyba tylko ja zwróciłam na to uwagę, inni byli pochłonięci wykuwaniem i rozmowami. Cała moja sytuacja: nauka, stres z nią związany, zaliczenia oraz wszystko inne nazywane ogólnie „życiem”, ukazało mi się wtedy jako całkowicie nietrwałe i nieważne. Zrozumiałam i odczułam wyraźnie, że „jestem pyłkiem (…) na wyjściowej marynarce świata”, cytując Andrzeja Poniedzielskiego. Człowiek jest tylko nic nie wnoszącą chwilą w nieprzerwanej teraźniejszości (bo wszystko jest teraźniejszością w odpowiednio wielkiej skali). Najważniejsze, a zarazem najtrudniejsze, to przeżyć dany nam ułamek czasu świadomie, a nie przypadkiem i bez powodu.
Trudno o tym mówić bez nadmuchanej patetyczności, a jeszcze trudniej jest o tym stale pamiętać, zwłaszcza kiedy jest się „młodym człowiekiem”. Ciężko mając dwadzieścia lat i będąc na szczycie swoich fizycznych możliwości nie myśleć o sobie jako o nieśmiertelnym, któremu nic złego nigdy się nie przydarzy. Dowiedziałam się wczoraj, że moja koleżanka z dzieciństwa, z którą bawiłam się dawniej na podwórku, przez cztery ostatnie miesiące leczyła się na zapalenie pęcherza, w tej samej przychodni co ja. Brzuch bolał ją jednak coraz bardziej, kuracja nie przynosiła rezultatów - straciła w końcu cierpliwość i postanowiła przebadać się prywatnie. Teraz leży w szpitalu po operacji guza jajnika. Jest o rok starsza ode mnie, ma dwadzieścia dwa lata.

kolaż 063

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

krótkie, późnonocne rozważania o ćmach, świecach i lampach

Mniej więcej rok temu wpadłam przypadkiem w tej ogromnej skarbnicy wiedzy jaką jest internet, na wyjaśnienie starej zagadki, dlaczego ćmy lecą do światła. Tłumaczenie okazało się być proste i dość logiczne, a więc co za tym idzie, możliwe do przyjęcia przez poważnego, rozważnego człowieka XXI wieku.
Po wpisaniu pytania w wyszukiwarkę możemy się szybko dowiedzieć, że ćmy wyrobiły sobie na drodze ewolucji zdolność nawigowania w nocy w oparciu o światło księżyca i gwiazd – po prostu owady te utrzymują stały kąt względem lśnienia ciał niebieskich a swoim kierunkiem lotu. Na skutek tego owad co prawda leci po łuku, jednak skala tego manewru jest na tyle duża, że dla motyla praktycznie niezauważalna. Niemniej w zetknięciu ze światłem nienaturalnym - żarówką lub nie daj Bóg ze świecą, owy kąt po którym krąży ćma zmniejsza się gwałtownie, przez co motyl zatacza coraz węższe koła i w konsekwencji wpada na obiekt. Logiczne? Czytelne? Oczywiście – to argumentacja jak najbardziej do przyjęcia.
Trudno jednak nie spojrzeć na tę naukową prawdę bez pewnego rozczarowania. Znowu, po raz kolejny, zostaliśmy obdarci z jeszcze jednego pięknego mitu – tym razem z literackiej metafory nieszczęśliwej, zgubnej miłości, gdzie płonąca świeca reprezentuje osobę ukochaną, a ćma kochającą. Usta same się krzywią na myśl o tym, że ten nocny motyl nie jest jednak w stanie pokochać ognia tak mocno, by w nim zginąć, a ponosi śmierć tylko na skutek błędu i przypadku. Ot, kolejna przegrana batalia romantyzmu z racjonalizmem. Jednak z drugiej strony, czy prawda nie bywa czasem smutniejsza i być może, piękniejsza? Poza tym, metafora zostanie w sztuce na przysłowiowe zawsze, a nie wiadomo, co jeszcze nauka szykuje dla nas w zanadrzu.
Tak czy siak, niezaprzeczalny jest fakt, że niektóre ćmy są wielkimi przegranymi. Nie ważne, czy ich śmierć w płomieniach uzasadnimy złym sercowym wyborem, głupotą, czy błędem w nawigacji. 

kolaż 020
Po opublikowaniu tej pracy na mojej stronie, spotkała mnie bardzo miła niespodzianka w postaci parafrazy mojego haiku, którą napisał mój kolega po „kolażowym” fachu, steve2727. Przy tej okazji serdecznie zapraszam na jego deviantartowe konto: steve2727.deviantart.com . A wiersz brzmi następująco:

Drawn into the light
Mesmerised hypnotised
then darkness...

niedziela, 22 sierpnia 2010

o sierpniowych malinach, Leśmianie i czytaniu poezji

Sierpień to chyba mój ulubiony miesiąc, a przynajmniej drugi obok października. Jest to czas, kiedy lato stopniowo dojrzewa, by później zmienić się i niepostrzeżenie przejść w jesień. Dni stają się coraz krótsze bo słońce pada pod innym kątem niż w czerwcu i lipcu, ale dzięki temu wszystko tonie w pięknym, złoto-pomarańczowym świetle. Jest ciepło, ale nie gorąco , a pszczoły, trzmiele i motyle uwijają się jak mogą, przeczuwając rychły koniec letniego kwiecia i słodkich owoców.
Nie tylko dlatego kocham ten zamykający lato miesiąc. W sierpniu pojawiają się najsmaczniejsze, a równocześnie ostatnie maliny – soczyste, o intensywnym, duszącym zapachu i nasyconym kolorze. Kilka tygodni temu, zaraz po przełomie lipca i sierpnia, zrobiłam sobie krótką przerwę w podróży. Miałam to szczęście, że przy polnej drodze na której się zatrzymałam na odpoczynek rosły niewielkie, ale ciężkie od owoców krzaki malin. Od razu zabrałam się do zbierania, przypominając sobie przy tym pierwsze wersy „W malinowym chruśniaku” Leśmiana. Jest on jednym z niewielu wierszy, który nie został mi skutecznie obrzydzony przez liczne analizy i interpretacje, którymi zadręczali mnie w liceum nauczyciele języka polskiego. Zawsze bardzo lubiłam ten przedmiot, jednak jestem przeciwna tym brutalnym wiwisekcjom literatury, które narzuca uczniom szkolny program nauczania. Książki powinno się przeżywać, nie analizować!
Wracając do tematu - przez to wszystko: ciepło późnego popołudnia, rozleniwione motyle, skojarzenie z „Chruśniakiem” i niespodziewaną, wynikającą z kontrastu z wierszem moją samotność wśród krzewów, powstały w mojej głowie dwa haiku, które kilka dni temu udało mi się szczęśliwie zilustrować (a to dzięki znalezieniu w sklepie malinowej herbatki tajemniczej marki X, jednak w bardzo ładnym, pożądanym przeze mnie opakowaniu).
Wkrótce po zamieszczeniu owego różowego dyptyku w internecie, między mną a dziewczyną o bardzo przyjemnym nicku kunie-kunda (szczerze polecam jej prace: kunie-kunda.deviantart.com) nawiązała się dyskusja, dość ożywiona, choć krótka – trudno jest długo dyskutować, kiedy obie strony mają podobne zdanie na ten sam temat. Okazało się, że kunie-kunda również kocha erotyki Leśmiana, podobnie jak ja. Ucieszyło mnie to ogromnie, spotkałam już bowiem wiele osób, które uznają Leśmiana za „badziewnego wierszokletę”, „pokrętnego-niezrozumiałego krętacza” i osobę „pisząca o niczym”. Wiadomo, są gusta i guściki, lirykę leśmianowską można lubić albo i nie, jednak nie dostrzeganie w wierszu „Łąka” erotyzmu, a już zwłaszcza przez studenta kulturoznawstwa, jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i równocześnie przykrym rozczarowaniem.  Jak napisała kunie-kunda: -  „mi też się wydaje, że nie zawsze wszystko rozumiem, ale kto może powiedzieć, że na pewno wszystko rozumie? ale nie dostrzegać u leśmiana erotyzmu? to już wybitne niezrozumienie”. Zgadzam się z nią z całego serca. Nie zamierzam jednak pisać teraz żadnych manifestów, postulatów, pouczeń ani wielkich podsumowań. Pełna nadziei, że nie jesteśmy z kunie-kundą ostatnimi czytającymi i lubiącymi wiersze osobami w tym kraju, idę poczytać trochę liryków. Może Tuwima, tak dla odmiany?
dyptyk z kolaży 125 i 126 

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

o podróżach, poznawaniu nowych ludzi i życiu na walizkach

Powszechnie znane jest stwierdzenie, że „podróże kształcą” i jest w tej złotej myśli sporo prawdy. Od wielu lat staram się poznawać świat i zgadzam się całkowicie, że „w drodze” człowiek uczy się wielu rzeczy.
Jak Włóczykij z „Muminków” jestem typem raczej ciekawskim i niezależnym, więc bezczynne leżenie na plaży w celu biernego smażenia się na słońcu mnie nie pociąga, a nawet trochę przeraża. O wiele bardziej cenię sobie tak zwany aktywny wypoczynek, podróż na rowerze albo pieszo w jakiś pozbawiony pensjonatów rejon. W sakwach lub w plecaku mam wszystko, czego potrzebuję – namiot, śpiwór, sprzęt do gotowania, czyste ubrania i jakąś ciekawą książkę na deszczowe popołudnie. Trasę wędrówki mam luźno wytyczoną, nic mnie więc nie ogranicza ani do niczego nie zmusza. Jestem zupełnie wolna i ode mnie tylko zależy co, gdzie i kiedy będę robić.
Zauważyłam jednak ostatnio, że z wiekiem zmieniły mi się priorytety. Kiedy byłam młodsza, najważniejsze było dla mnie uczucie niepewności, wędrowanie w nieznane oraz niewiedza co się wydarzy, co i kiedy będę jeść, oglądać i zwiedzać. Teraz również cenię sobie to uczucie, ale zaczęłam zwracać uwagę na coś innego – na spotykanych ludzi. To niezwykłe, ale ludzie których spotykam będąc w podróży, traktują mnie zupełnie inaczej niż normalnie. Są otwarci, ufni, przyjacielscy. Chętnie się śmieją i zwierzają, często dają prezenty - innymi słowy robią rzeczy, których zwykle na co dzień by nie zrobili, zwłaszcza w stosunku do obcych. Kiedy spotykam kogoś na szlaku znika zwyczajowy dystans i ostrożność w nawiązywaniu znajomości. Po roku spędzonym w środowisku toksycznych ludzi, których spotykam codziennie na uczelni, w sklepie, pociągu, autobusie czy na ulicy – tych wszystkich marudzących, niezadowolonych, gderających ludzi, którzy zarażają mnie swoim pesymizmem – wtedy taki letni, wakacyjny wyjazd jest jak długo-miesięczna terapia u psychoanalityka, masaż zakwaszonych mięśni albo słońce po wielu dniach deszczu. Tych kilku tygodni męczenia się w upale z ciężkim plecakiem albo z okulbaczonym rowerem, kiedy pot leje mi się po plecach, stopy puchną w butach, a mięśnie palą żywym ogniem nie zamieniłabym za nic w świecie na sączenie kolorowych drinków na jakiejś tropikalnej wyspie. Zwyczajnie nie.
Wielka szkoda, ze zmieniają się czasy i stare, dobre chatki studenckie oraz schroniska zmieniają się w drogie, bezduszne hotele i pensjonaty. Szkoda także, że młoda kobieta dla własnego bezpieczeństwa nie powinna  już sama się włóczyć po bezdrożach. Ale i tak nie narzekam, tylko wciąż idę przed siebie. Niedługo znowu planuję wyruszyć w świat. Wam również życzę wakacyjnego szczęścia i pamiętajcie – podróże naprawdę kształcą.

kolaż 065

piątek, 13 sierpnia 2010

kobieta czekająca na brzegu morza czyli krótka opowieść o Iro

Udało mi się kiedyś czystym przypadkiem dojść do opowieści o pewnej greczynce imieniem Iro. Była ponoć kapłanką bogini Afrodyty oraz bardzo piękną kobietą. Mieszkała w nadmorskim mieście Sistos i była zakochana w Leandrosie, młodym mężczyźnie mieszkającym po drugiej stronie morza. Odległość nie była jednak kochankom straszna. Co noc Iro czekała na brzegu z zapaloną lampą, by za pomocą światła pomóc ukochanemu przebyć łodzią dzielące ich morze i ją odszukać. W ten sposób odnajdywali się codziennie.
W końcu nadeszła zima. Zakochani postanowili się rozstać na pewien czas i poczekać z kolejnymi spotkaniami do wiosny, kiedy znów zrobi się ciepło. Niestety, pewnego wieczoru Iro przez roztargnienie zostawiła na plaży zapaloną lampę. Leandros dostrzegł światło. Postanowił mimo wszystko przepłynąć do ukochanej po zimnym morzu, ale zamarzł na śmierć. Kiedy Iro znalazła później jego ciało, skoczyła w lodowate fale chcąc przytulić do siebie zmarłego kochanka, przez co wkrótce sama również zamarzła. Mieszkańcy Sistos przejęli się losem młodych zakochanych i postanawiając pochować ich razem, we wspólnym grobie.
W sumie to bardzo smutna historia. Byłam jednak zaskoczona, znajdując ją. Minęło już kilka lat od kiedy zaczęłam używać imienia Iro jako pseudonimu i nigdy nie natrafiłam na tę legendę. Była to dla mnie duża niespodzianka i pomimo radości z odkrycia tej tajemnicy, zrobiło mi się trochę nieswojo. Zaczęłam się mimowolnie zastanawiać, czy używając imienia nieszczęśliwej kochanki, nie ściągnę na siebie podobnego losu. Powszechnie znany jest fakt, że osoby posiadające dane imię często mają bardzo podobne cechy charakteru (choć oczywiście nie jest to regułą). Słyszałam także, że czasami spotykają je podobne zdarzenia, w tym również nieszczęścia.
Czy to jednak oznacza, że wszystkie Julie stoją na balkonach i tęsknie wypatrują Romeów? Czy każda Izolda musi cierpieć z miłości do jakiegoś Tristana? Czy wszystkie Heleny uciekają od zaślubionych im mężów, chcąc być z urodziwym Parysem? ...
Nie myślę już o tym. Bez lęku co noc zapalam lampkę w oknie.

kolaż 123