Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże bliższe i dalsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże bliższe i dalsze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2012

jesienne pociągi i Raj Odzyskany

Moja prywatna Mamusia Muminka zwykła mawiać, że jesień jest w 3D. To stwierdzenie tłumaczy prosto: drzewa i krzewy zmieniają "umaszczenie" listowia przez co znika wiosenno-letnia jednolita ściana zieleni i wraz z nowymi kolorami pojawia się głębia. Coś w tym jest. Patrzysz i widzisz - żółta brzoza bliżej, zielono-czerwona jarzębina dalej, brązowy dąb tuż za nią i tak dalej, dalej... im głębiej w las tym więcej kolorowych drzew.

Październik tuż-tuż a ja już od dawna kursuję do i z Katowic załatwiając sprawunki różnorakie. Na szczęście pierwszego września na nowo otwarto linię kolejową łączącą moje miasto (i poszczególne dzielnice) z Katowicami, więc znów cieszę się krótszą podróżą oraz jesiennymi widokami za oknem. 

Przy okazji jednej z ostatnich wycieczek miałam okazję zobaczyć prawdziwy Tajemniczy Ogród, do tej pory skrzętnie ukryty przed oczami ciekawskich za parawanem zieleni. Teraz jesiony chroniące ten kącik od strony uliczki pożółkły, dzikie wino na murze od strony torów zapłonęło wściekłą, szaleńczą czerwienią, a za wspomnianym murem z szarych pustaków zieleniła się ostatkiem sił samotna jabłoń. Mimo wyraźnego zdziczenia szkarłatne jabłuszka były duże i pełne, zachęcające do zerwania i ugryzienia, (zupełnie nie przypominały "psiar" z "Seksmisji"). Skojarzenie było jednoznaczne: 

pociąg pośpieszny 
przez sekundę za oknem 
zapomniany raj

czwartek, 19 lipca 2012

"Ach, ten gościnny Białystok!" i podumowanie wyjazdu na Litwę

Tak jak należy: przed wyjazdem przysiadłam na chwilę, żeby się diabły nie cieszyły i odprawiłam wszystkie wymagane przed podróżą czary i uroki, ale jak widać nie uchroniłam się przed "Złym" ostatecznie i definitywnie. Tak jak przewidywałam, polne diabły przeniosły się do wagonów Polskiej Kolei Państwowej i świetnie się tam teraz bawią kosztem podróżnych. Następne, w drugiej kolejności zadomowiły się na dworcach, ale o tym za chwilkę.

Na Litwę wybraliśmy się jak zawsze na rowerach, ale żeby nie marnować cennego urlopu postanowiliśmy podskoczyć do granicy pociągiem. Po licznych przygodach które dopadły nas zaraz po opuszczeniu domu (strata powietrza w kole jednego roweru, wybuch opony w drugim, itd.) udało nam się dokulać jakoś do Mikołowa, gdzie planowaliśmy zapakować się jakoś do pociągu do Białegostoku. Gdzie tam! Ktoś mało rozgarnięty kradł węgiel i całą swoją zdobycz wysypał na tory, więc nasz pociąg został przeniesiony na inną trasę i do Mikołowa nawet nie zawitał. Udało nam się jednak dostać do Katowic jakimś innym cugiem i załapać na nasz spóźniony prawie półtorej godziny pociąg. Do Białegostoku dojechaliśmy już później bez większych zgrzytów. I tutaj zaczyna się opowieść o gościnności tegoż miasta, a raczej ichniego dworca.

Po pierwsze: dworzec jest zamykany na głucho w godzinach 0:30-4.00 rano. Jeśli jakiś podróżny przyjdzie na dworzec, załóżmy, o godzinie 0:35 nie zostanie wpuszczony do środka. Natomiast ci, którzy się w środku znajdują, nie zostaną wypuszczeni na zewnątrz, choćby się paliło i waliło. "Przepisy". No ok, można to zrozumieć i zaakceptować. Przecież wszędzie łażą menele, pijacy, drobne złodziejaszki i inni nocni maruderzy, których należy się wystrzegać, a dworzec to nie bezpłatna noclegownia... ALE. Żeby zostać na noc na dworcu trzeba mieć ważny bilet na pociąg. Jeżeli człowiek owego biletu nie posiada musi albo takowy zakupić do godziny zero (czyli magicznej 24.30) albo opuścić teren dworca. I teraz ciekawostka. W czasie zamknięcia dworca kasa biletowa działa normalnie. To znaczy w okienku siedzi sobie pani i pracuje, czyli sprzedaje bilety. Wciąż próbuję ogarnąć tę sytuację umysłem. Przecież żeby zostać na dworcu muszę mieć bilet, więc nie kupię go sobie o 3 w nocy, bo go już mam. Jeżeli nie mam biletu zostanę z terenu dworca wyrzucona. A jeśli przyjdę w środku nocy żeby go kupić - nikt mnie do tej kasy nie wpuści, bo drzwi są zamknięte! Wciąż mrugam skonsternowana kiedy o tym myślę. To absolutna prawda - to jest tak głupie, że tego się nie da zmyślić!
(Notabene na nocną zmianę pracuje także tzw. potocznie Babcia Klozetowa, która śpi sobie spokojnie w swojej kanciapie przy toaletach, ale to jeszcze umiem zrozumieć, więc nie będę tego tutaj analizować).

Po drugie: ochroniarze. Miałam takiego farta, że jeden z dwóch panów na zmianie był bardzo miły i sympatyczny, więc obyło się bez kłopotów z jego strony, ale jego "kolega".... Cóż...
W ciągu ośmiu godzin siedzenia na dworcu (już za drugim razem, kiedy czekaliśmy na pociąg powrotny do domu) pan zdążył się popisać brakiem intelektu i przewrotnym sposobem myślenia, który naprawdę kwalifikuje go do zostania Geniuszem Zła.
1. rowery z sakwami (na które mamy bilety kolejowe, więc mają prawo stać na terenie dworca, tak notabene) kiedy stoją oparte o ścianę - uwaga uwaga - "niszczą mienie". Mamy je więc wyprowadzić na noc na zewnątrz, tam gdzie jest ich miejsce na stojaku na rowery. I tak mamy spędzić noc: my w środku, a rowery z całym dobytkiem w sakwach na zewnątrz. Innymi słowy oznacza to, że ktoś nam je może spokojnie rozpakować i zwinąć wszystko sprzed nosa w czasie kiedy my będziemy bezradnie na to patrzeć stojąc po drugiej stronie drzwi (pan ochroniarz oczywiście by nas nie wypuścił w celu ratowania dwukołowego dobytku, bo dworca nie można otworzyć przed magiczną godziną czwartą rano).
2. pan, który z nudów krążył po terenie dworca zostawiając niefortunnie swoją walizkę bez chwilowej opieki (ale na oku nielicznych podróżnych) został oskarżony o bycie bomberem-terrorystą, który planuje przeprowadzenie zamachu na dworcu PKP w Białymstoku. Została wezwana policja kolejowa, pan podróżny został wylegitymowany i nakazano mu otworzyć tajemniczą, śmiercionośną walizę. Gość się wkurzył i przytomnie stwierdził, że mogą go pocałować w nos, jak chcą, to niech sami otwierają zamek ryzykując wysadzenie się w powietrze albo niech wzywają saperów, ale jeśli w torbie znajdą tylko kilka par majtek i koszul na zmianę to sami za tę akcję zapłacą. Skończyło się na wypisaniu wezwania stawienia się na komendę z jednej strony i na geście Kozakiewicza z drugiej, na odchodne.
3. na dworcu panuje zakaz rozmawiania przez telefon komórkowy (zapewne po to, żeby udaremnić zamachy terrorystyczne, jak zgaduję). Jako kolejny oberwał po głowie pan, który stał przed dworcem rozmawiając przez takiż właśnie telefon, a który niespodziewanie (i niefortunnie) wszedł na teren dworca i podszedł do tablicy odjazdów ze słowami: "Czekaj, już ci mówię o której mam odjazd...". No tak, zamachowiec jak nic!
4. jako ostatnia została upomniana pani, która pod wpływem zmęczenia zwinęła się w pół-kłębek na ławce (nogi opuszczone na podłogę jak przy siedzeniu, góra ciała pochylona i położona na ławie, z jakąś torbą pod głową. Chyba każdy chociaż raz w życiu spał w tej pozycji). Pani została obudzona i głośno, publicznie upominania, że ławki służą do siedzenia a nie do leżenia, a już tym bardziej nie do spania, więc ma albo siedzieć prosto albo opuścić dworzec w celu szukania innej noclegowni.

Gość w dom, Bóg w dom...

~~
Co się zaś tyczy Litwy - wyjazd można uznać za udany. Mam po nim następujące myśli podsumowujące:
1. Zgodnie z tym co napisałam ostatnio na każdych rozjazdach dróg mogłam zobaczyć kapliczkę albo krzyż. Dodatkowo, parafrazując Wojtka Malajkata, każdą wieś i miasteczko należałoby ochrzcić nazwą Krzyżowice, Krzyżanowice albo Krzyżowiec. "Krzyżowice wzięły swoją nazwę od krzyży. Są dwa. Jeden przy wjeździe, drugi przy wyjeździe...".
 




2. Chyba nagrzeszyłam brakiem znajomości różnicy miedzy dobrem i złem albo "nie czyniłam dobra przez tchórzostwo i małoduszność" za co trafiłam do piekła dantejskiego. 

Tych nędznych, którzy żyjąc tak jak zwierzę, 
żywi nie byli nigdy, nagich potem 
rój os i wielkich much w obroty bierze. 
Krew się mieszała ze łzami i potem 
i kreśląc twarze, lała się pod nogi, 
gdzie wstrętne glisty żarły ją z powrotem. (Dante Alighieri, Piekło, Pieśń III, 64-69).

Wypisz wymaluj, mój rajd po Litwie! Tak to jest, jak się ma za towarzysza jusznicę deszczową, ślepaka pospolitego i bąka bydlęcego. (Jakby komuś było mało, to do tego sympatycznego tria dołączały ochoczo komary, meszki, mrówki i pokrzywy).
3. Z drugiej strony chyba dostąpiłam wniebowstąpienia i już za życia przelazłam jedną nogą nad ogrodzeniem Raju (mając w sobie mały pierwiastek Włóczykija mam lekką awersję do wchodzenia przez główne bramy). Powiem tak: jeśli ktoś z Was wybiera się na Litwę, to koniecznie musi się skierować w stronę Troków. Tam, przy ulicy Karaimų (Karaimskiej) stoi niepozorna restauracja Senoji kibininė, która serwuje kartacze, bliny i kołduny, które były przyczyną (nie tylko) moich orgazmów gastronomicznych. Szczerze polecam!

Na razie tyle. Jednak już zastanawiam się co dalej...
Ci vediamo!

wtorek, 3 lipca 2012

PRZERWA WAKACYJNA (i ostrzeżenie przed piekielnym PKP)

Swego czasu byłam na niezwykle ciekawej konferencji o diabłach i ich miejscu w kulturze. Sporo się wtedy dowiedziałam, m.in., o postaci diabła w literaturze rosyjskiej, o demonicznej stronie paleontologii (rewelacyjny referat dr PhD Eleny Yazykovej z Rosyjskiego Centrum Kultury i Nauki w Polsce!), o diabłach Tadeusza Nowaka oraz o wizerunku diabła (i pomniejszych diabełków) w teatrze Polskim. Dodatkowo dowiedziałam się również jaka jest różnica pomiędzy czortem, biesem i niedotykomką szarą. 

Przy okazji warto wiedzieć, że są miejsca gdzie szczególnie jesteśmy narażeni na działanie biesów i czortów. Są to: 
- poddasza 
- piwnice 
- miejsca przed i za piecem (nie wiem, czy piekarnik albo grill ogrodowy też się liczy)
- stodoła 
- chlew
- granica wioski 
- drzewa nieczyste (m.in. : suche wierzby, grusze i orzechy)
- jaskinie
- jamy
- pustkowia
- gęstwiny leśne 
- bagna 
- oczka wodne
- wiry
- mosty
 a także
- skrzyżowania i inne rozwidlenia dróg (ponieważ człowiek wtedy się waha, a przez to staje się łatwym celem dla sił piekielnych. Dlatego na rozstajach tak często stawiano krzyże i kapliczki, dla złagodzenia działania Złego).
Wynika z tego, że najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, a i w obrębie domostwa warto mieć się na baczności. Jednak patrząc na rozkład PKP zaczynam podejrzewać, że siły piekielne porzuciły dawne siedliska i zainteresowały się polską koleją i połączeniami wakacyjnymi. Na litość! Żeby z Ełku móc dojechać do Białegostoku jedynie połączeniem 15godzinnym z dwoma przesiadkami? To jest granda! (Dla porównania trasa samochodowa pomiędzy tymi miastami wynosi 108 kilometrów i można ją przejechać w godzinę 44 minuty). Pociąg z Katowic do Lublina jedzie przez Warszawę. I inne tego typu kwiatki... Nic tylko uzbroić się w wodę święconą i modlić do św. Iwana Kupały (jak to powiedziała wspomniana pani doktor Elena Yazykova). 

Życzę więc wszystkim włóczykijom i włóczynóżkom dużo cierpliwości i bezpiecznych rozwidleń dróg, tym bardziej stacjonarnym wakacjowiczom spokoju, a wszystkim - udanego wypoczynku i dobrej pogody! I nie zapomnijcie przysiąść na chwilę, przed wyruszeniem w podróż.

ArrivederLa e buon viaggio!

Kolaż 106.

sobota, 30 kwietnia 2011

"potęga pióra" czyli o sile literatury

Kolaż 171

No właśnie, "po co?". Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Powołaniem poezji (i literatury w ogóle) jest poruszanie emocji i uwrażliwianie ludzi. Proste. Ludzie są wrażliwi na piękno i równocześnie uwielbiają się wyrażać, więc tworzą literaturę*. I na tym właściwie można by zakończyć dzisiejsze rozważania, jednak dwa dni temu przydarzyło mi się coś, o czym warto opowiedzieć. 

Wielokrotnie słyszałam już takie złote myśli jak "Pióro jest potężniejsze od miesza" czy "Niech twoją bronią będą słowa". Prawda jest jednak taka, że w życiu codziennym te aforyzmy nie mają większych szans na realizację. Tylko w literaturze spotyka się młodych poetów, którzy pięknem swoich rymów i metafor są w stanie zatrzymać nacierających bandytów czy okiełznać złego smoka. W prawdziwym życiu króluje raczej zasada: "Gdy zawiodą słowa, zawsze pozostają jeszcze pięści" i z tego co słyszę, to właśnie do niej się częściej stosujemy.

Wracając dwa dni temu do domu, jechałam autobusem w towarzystwie "zapalonego i wiernego" kibica GKS-u. Z entuzjazmem zaczepiał on męskich współpasażerów, próbując w niezbyt kulturalny sposób ustalić, czy również są zwolennikami jego ukochanego klubu. Wtedy do autobusu wsiadł nowy pasażer - wysoki brunet, około 30-stki, wypracowany styl "zaniedbanego dr. House'a", dość rzucający się w oczy. Usiadł naprzeciwko mnie i zagłębił się w lekturze przyniesionej przez siebie książki. Kibic GKS-u wstał i podszedł. 
Kibic - Ty, ej! Za jakim klubem jesteś!? 
Brak reakcji Czytelnika.
Kibic - ....Ej!!! Ja się kur** pytam ciebie o coś!? ZA JAKIM KLUBEM JESTEŚ!?
Czytelnik podnosi lekko głowę znad książki, uśmiecha się rozbrajająco i kręcąc głową wraca do lektury. Kibic nie jest zachwycony.
Kibic - Ku***! Co? Chcesz w ryja!?
Czytelnik - Nie, nie. Nie trzeba. Ja tu sobie tylko czytam.
Kibic - To co się uśmiechasz!? Ty myślisz, że ja ku*** nie widzę twojego jeb***** uśmieszku!? Widzę jak się śmiejesz zza tej pier******* książki! 
W tym miejscu kibic stuka palcem w okładkę czytanej przez Czytelnika książki i zaskoczony przygląda się jej uważniej. Czyta nazwisko autora i zastanawia się przez chwilę.
Kibic - ...Kirst? ....KIRST!? 
Czytelnik - Eee, no... tak. Kirst.
Kibic - Ty czytasz Kirsta!?
Czytelnik - Tak.
Kibic - Ja go znam! To była ta...! No...!? "Fabryka generałów" chyba.
Czytelnik (kręci głową i pokazuje okładkę) - "Oficerów". 
Kibic - No właśnie! "Fabryka oficerów"! Wiedziałem!
Przez chwilę kiwa zadowolony głową, po czym nagle coś sobie przypomina i znowu nachyla się agresywnie nad Czytelnikiem. 

Kibic - A która część, ku***!? Pierwsza czy druga!? 
Czytelnik - Pierwsza. 
Kibic (uspokojony i zadowolony) - NO! Pierwsza jest zajebista! Przybij! 
Chwyta Czytelnika za rękę i potrząsa nią z entuzjazmem. 
Kibic - No, zajebisty facet z ciebie! Serio! To co? Widzimy się na meczu? 
Czytelnik - Pewnie, że tak. Widzimy się na meczu. 
Kibic -  No! No to widzimy się na meczu! Cześć. 
Po czym wyszedł z autobusu entuzjastycznie skandując "GIE-KA-ES! GIE-KA-ES! ZAWSZE WIERNI GIE-KA-ES!". Drzwi zamknęły się i autobus pojechał dalej. Czytelnik siedzi osłupiały, patrzy na mnie i wybucha śmiechem. 
Czytelnik - Wie pani co? Czego jak czego, ale TEGO to ja się nie spodziewałem. Jak to literatura łączy ludzi i nie pozwala nakłaść innym po pysku, to niesamowite jest...

I niech to będzie dzisiejsza puenta. :)

* i nie tylko.

niedziela, 23 stycznia 2011

o wakacyjnych wspomnieniach i dobrych ludziach, których spotykamy

Co można robić w zimne, ciemne, styczniowe wieczory? Można marudzić na wspomniany już chłód i mrok, można zapaść w muminkowy sen zimowy, można jak Włóczykij uciekać na południe i zajadać się pomarańczą, albo zaszyć się w jakimś ciepłym kącie i oglądać zdjęcia z minionych wakacji. Łatwo się domyślić, że niedawno wybrałam ostatnią możliwość. 
Przeglądałam te zdjęcia, przypominałam sobie różne sytuacje oraz miejsca i śmiałam się coraz bardziej. Spotkało mnie w zeszłym roku tyle dobrych rzeczy, jak zawsze zresztą. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy podstawa tego zjawiska leży w moim statucie (turysta na rowerze jest "lepszy" od turysty w aucie, który tylko przejdzie przez daną wioskę czy miasteczko i nie zobaczy ani niebieskiej doniczki, ani ławki pod kasztanowcem, ani nie zje lodów w naszej kawiarni i z nikim nawet "cześć-cześć" nie wymieni), czy w dobroci spotykanych ludzi, albo w moim prywatnym farcie i pozytywnym nastawieniu. Myśląc o dobrych rzeczach podobno przyciągamy je do siebie. A nawet jeśli nie przyciągamy, to zauważamy głównie te dobre a nie złe sytuacje, więc w sumie wychodzi na jedno. Wydaje mi się jednak, że źródło moich dobrych przygód leży we wszystkim po trochu. 
Przeglądam te zdjęcia i ponownie spotykam tamtych ludzi. Wspominam blondynkę ze sklepu ze starociami o wdzięcznej nazwie "Hamstern Tur och Retur", która specjalnie wybiegła za nami ze sklepu, żeby poczęstować nas pysznym ciastem z rabarbarem oraz z wiśniami. Znowu rozmawiam z rowerzystą Piterem, który samotnie przemierzył Norwegię i wracał do swego domu gdzieś na południu Szwecji. Śmieję się do dwóch starszych norwegów, którzy w ramach bonusu do zakupu pewnego niedużego, ale bardzo ładnego obrazu obdarowali nas kryształowym lusterkiem w posrebrzanej ramie z monogramem. Przypominam sobie "szalonego" malarza mew, tworzącego swoje obrazy na kawałkach wyrzuconych przez morze desek (wciąż mam w portfelu jego wizytówkę) no i znowu myślę o małej dziewczynce, o wdzięczmy imieniu Viera. Nie wiem, ile Viera miała lat, pewnie około ośmiu. I pomimo wielkiej bariery językowej - ona nie znała ani angielskiego, ani polskiego, a ja niestety nie władam szwedzkim, to świetnie się ze sobą porozumiałyśmy. 
Brakuje mi tego bardzo, tej swobody i ogólnego ludzkiego zaufania kiedy jeżdżę zabrudzonymi autobusami, słucham przekleństw na zaplutych ulicach i jestem poszturchiwana przez niemiłe starsze panie w sklepowych kolejkach. Ale zaraz powraca mi dobry nastrój, bo zdaję sobie sprawę, że za parę miesięcy znowu gdzieś pojadę i będę miała fajne przygody oraz przypominam sobie, że Viera miała oczy niebieskie i piękny, słoneczny uśmiech małej dziewczynki. 

kolaż 150

wtorek, 14 grudnia 2010

trochę o zimowych podróżach i wyglądaniu przez okna

Zima to przekleństwo podróżników, zwłaszcza (choć nie tylko) tych, którzy korzystają z usług PKP. O polskich kolejach można by napisać książkę i zapewne w dużej mierze przypominałaby ona Księgę Skarg i Zażaleń. Opóźnienia, odwołane połączenia, znikające perony a nawet stacje. Takie właśnie atrakcje funduje nam polski przewoźnik. Ot, chociażby ostatnio wracałam z zajęć do domu pociągiem-widmo. Owa zjawa została zapowiedziana przez panią z głośniczka, co jest o tyle istotne, że widmo jechało z nieopisanego peronu, o czasie, którego nie było na rozpisce, na dodatek z Sosnowca do stacji Tychy Miasto, co było zwyczajnie niemożliwe, gdyż nie było jeszcze wtedy takiego połączenia. Dodatkowo tajemniczy pociąg nie zatrzymywał się na stacjach, na których powinien był się zatrzymać, ale dojechałam do domu cało, bezpiecznie i co ciekawe, o czasie. Ot, „pociąg zaginiony”. Mimo takich przygód lubię jeździć pociągami, nawet zimową porą, kiedy tory się kurczą, trakcje są oblodzone, zwrotnice przymarznięte i co się tam niby jeszcze dzieje.
Śnieżna zima to ciekawy czas – niezwykle paradoksalny. Z jednej strony śnieg okrywa, przykrywa i zasypuje wszystko, sprawiając, że trudno cokolwiek znaleźć: wypadnięte z kieszeni klucze, zgubiony kolczyk, drogę do domu a nawet samochód, jeżeli dobrze w nocy pośnieży. Z drugiej jednak strony śnieg ujawnia wiele rzeczy – czy ktoś już tędy szedł, czy przechodziło tędy jakieś zwierze... Wystarczy się dokładniej rozejrzeć, a dostrzeże się ślady na białej powierzchni.
Wracając do tematu pociągów, moim ulubionym zajęciem jest wyglądanie w czasie jazdy przez okno. Nie tak dawno temu widziałam ogromnego samca bażanta, w pięknych rudo-złotych barwach, dumnie kroczącego środkiem nieczynnego peronu tyskiego dworca głównego. Kilka dni temu dla odmiany, wolno przejeżdżając przez las, miałam okazję oglądać sarnę przedzierającą się przez zaspy. Była ze trzy metry ode mnie i nie zwracała na mój pociąg większej uwagi. Było to bardzo przyjemne przeżycie. Można powiedzieć, że udzielił mi się jej spokój.
Zawsze po takich przygodach, kiedy pociąg przejeżdża i w tyle znika to, co dostrzegłam, rozglądam się ciekawie po wagonie chcąc się dowiedzieć, czy ktoś jeszcze to zauważył i czy przeżywa to tak jak ja. Jak na razie poniosłam same klęski i przeżyłam liczne rozczarowania, ale nie poddaję się. Może jeszcze będę miała z kim jeździć pociągami i wyglądać zimą przez okno.

Kolaż 058

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

o podróżach, poznawaniu nowych ludzi i życiu na walizkach

Powszechnie znane jest stwierdzenie, że „podróże kształcą” i jest w tej złotej myśli sporo prawdy. Od wielu lat staram się poznawać świat i zgadzam się całkowicie, że „w drodze” człowiek uczy się wielu rzeczy.
Jak Włóczykij z „Muminków” jestem typem raczej ciekawskim i niezależnym, więc bezczynne leżenie na plaży w celu biernego smażenia się na słońcu mnie nie pociąga, a nawet trochę przeraża. O wiele bardziej cenię sobie tak zwany aktywny wypoczynek, podróż na rowerze albo pieszo w jakiś pozbawiony pensjonatów rejon. W sakwach lub w plecaku mam wszystko, czego potrzebuję – namiot, śpiwór, sprzęt do gotowania, czyste ubrania i jakąś ciekawą książkę na deszczowe popołudnie. Trasę wędrówki mam luźno wytyczoną, nic mnie więc nie ogranicza ani do niczego nie zmusza. Jestem zupełnie wolna i ode mnie tylko zależy co, gdzie i kiedy będę robić.
Zauważyłam jednak ostatnio, że z wiekiem zmieniły mi się priorytety. Kiedy byłam młodsza, najważniejsze było dla mnie uczucie niepewności, wędrowanie w nieznane oraz niewiedza co się wydarzy, co i kiedy będę jeść, oglądać i zwiedzać. Teraz również cenię sobie to uczucie, ale zaczęłam zwracać uwagę na coś innego – na spotykanych ludzi. To niezwykłe, ale ludzie których spotykam będąc w podróży, traktują mnie zupełnie inaczej niż normalnie. Są otwarci, ufni, przyjacielscy. Chętnie się śmieją i zwierzają, często dają prezenty - innymi słowy robią rzeczy, których zwykle na co dzień by nie zrobili, zwłaszcza w stosunku do obcych. Kiedy spotykam kogoś na szlaku znika zwyczajowy dystans i ostrożność w nawiązywaniu znajomości. Po roku spędzonym w środowisku toksycznych ludzi, których spotykam codziennie na uczelni, w sklepie, pociągu, autobusie czy na ulicy – tych wszystkich marudzących, niezadowolonych, gderających ludzi, którzy zarażają mnie swoim pesymizmem – wtedy taki letni, wakacyjny wyjazd jest jak długo-miesięczna terapia u psychoanalityka, masaż zakwaszonych mięśni albo słońce po wielu dniach deszczu. Tych kilku tygodni męczenia się w upale z ciężkim plecakiem albo z okulbaczonym rowerem, kiedy pot leje mi się po plecach, stopy puchną w butach, a mięśnie palą żywym ogniem nie zamieniłabym za nic w świecie na sączenie kolorowych drinków na jakiejś tropikalnej wyspie. Zwyczajnie nie.
Wielka szkoda, ze zmieniają się czasy i stare, dobre chatki studenckie oraz schroniska zmieniają się w drogie, bezduszne hotele i pensjonaty. Szkoda także, że młoda kobieta dla własnego bezpieczeństwa nie powinna  już sama się włóczyć po bezdrożach. Ale i tak nie narzekam, tylko wciąż idę przed siebie. Niedługo znowu planuję wyruszyć w świat. Wam również życzę wakacyjnego szczęścia i pamiętajcie – podróże naprawdę kształcą.

kolaż 065