Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babskie gadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babskie gadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2014

ciekawostki z kalendarza

Warto czasem zajrzeć do kalendarza i sprawdzić, co w datach piszczy. Ewentualnie można skorzystać z zawsze pomocnej komunikacji miejskiej, która (przynajmniej w Tychach) uwielbia informować pasażerów nie tylko o konieczności skasowania biletów i o ustępowaniu miejsca starszym, ale także kto danego dnia obchodzi imieniny. W ten sposób dowiedziałam się, że Kleopatra obchodzi święto swojego imienia 20 października, a Bibianna i Wiwanna - 2 grudnia (te imiona już mnie tak bardzo nie zaskoczyły, co nie zmienia faktu, że do dziś zastanawiam się, jak to właściwie zdrabniać? "Biba" i "Wanna"?). 

Dzisiejszym solenizantom mogę jedynie życzyć udanych trików z kółeczkiem i smacznego mleka. W końcu są Zawodowcami... :) 


piątek, 17 stycznia 2014

zabawa w Indian...?

Z cyklu myśli krótkich: nie ma to jak po długich zmaganiach zakończyć wreszcie artykuł o Irokezach, wysłać go do redaktora w poczuciu ulgi i euforii z odzyskanej częściowo wolności, po czym udać się do drugiego pokoju z zamiarem odpoczynku i należytego odmóżdżenia i tam stwierdzić z lekką zgrozą, że w telewizji leci film o Pocahontas.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

czekając na nowy rok

Wróżby noworoczne - w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego. Mało kto traktuje je poważnie, ale i mało kto przechodzi obojętnie obok nich obojętnie, bo to i ciekawość się włącza i efekty wróżenia nierzadko są zabawne lub motywujące. Nawet niepoważne mimo wszystko budzą ludzkie zainteresowanie i na dłużej lub krócej zostają w pamięci. 

Ja również postanowiłam się zabawić. Przepis na zabawę-przepowiednię trafił do mnie sam. Oto on: 

1. wyciągnij rękę i weź pierwszą, leżącą najbliżej Ciebie książkę 
2. otwórz ją na stronie 34
3. pierwsze zdanie powie Ci, jaki będzie dla Ciebie nadchodzący rok 

W porządku. 

Pech (albo fart) chciał, by najbliższą książką w przestrzeni były Haiku tłumaczone przez Agnieszkę Żuławską-Umedę (Wydawnictwo ELAY 2006). Strona 36 - spis treści tudzież polskie incipity strof. Pierwsze zdanie: "Sosna i bambus" (a dalej odnośnik do haiku Issy ze strony 51). Bardzo zabawne. Wolałabym chyba coś bardziej konkretnego. Chociaż patrząc na komentarze innych osób, które chwaliły się swoimi pierwszymi zdaniami ze strony 34 mogło być o wiele gorzej - morderstwa, apokalipsy, gwałty zbiorowe itd. (ostatecznie nie takie rzeczy spotyka się chociażby w "Grze o Tron", nieprawdaż?). To już wolę swój niedookreślony zagajnik sosnowo-bambusowy.

Z drugiej strony, Basho mówił swoim uczniom: "Tego, co sośnie właściwe - ucz się od sosny, a bambus niech nauczy cię wszystkiego, co należy do jego natury. (...) Stań się sosną. Stań się bambusem. (...) poczujesz jej najgłębszą naturę, stworzysz poezję".

To będzie dobry rok. 

Kolaż nr 307
*
w książce szukam
wróżb na nadchodzący rok
- "sosna i bambus"
*

wtorek, 5 marca 2013

wiosna idzie czyli cichy jęk ze świata nie-umarłych

Wbrew pozorom ani nie umarłam, ani nie zapadłam w sen zimowy. Chociaż może trochę szkoda tej hibernacji... Przynajmniej ominęłyby mnie (na razie) pisanie pracy magisterskiej. Tak czy siak, doszłam po prostu do wniosku, że zamiast pisać o rzeczach pesymistycznych lepiej nie pisać wcale i zamiast tego skupiłam się na pracy nad własnym wykształceniem i nad fermentującą irytacją szarugową. Bo głównie w szarudze lutowej dostrzegam głównego winowajcę moich dąsów, fochów i złych humorów. 

Tak jak i wczoraj, dziś znowu wylazło słoneczko i od razu obudziłam się w dobrym nastroju. Poodkręcałam maksymalnie żaluzje i pootwierałam okna. Słucham ptasich awantur przy karmniku i iście wiosennych szczebiotów sikorek na pobliskich klonach. Do domu wpada zimne powietrze o tym dziwnym, charakterystycznym zapachu przywodzącym na myśl wygrzaną przez słońce glebę. Paradoks, bo chodzę z gęsią skórką, cała się trzęsę, ale nie zamierzam się cieplej ubierać - jest mi zimno, ale to zimno wczesno-wiosenne! Można więc trochę pomarznąć. 

Tak czy siak - cieszcie się wiosną i do przeczytania niedługo. 

Kolaż 073


środa, 13 lutego 2013

ekspresowo o poezji, fb i konsternacji

Szybki rzut oka na fejs-bukę (w moim wypadku to naprawdę spojrzenie ekspresowe równe mrugnięciu) i pierwsze co widzę, to wiersz: 

Noc seksualna
Historia oka
Łzy erosa

dla waszych połówek
do wspólnego czytania
o połowę taniej

Oookeeej...
Najwyraźniej znajomy poeta znowu szarżuje. Już przewinęłam niżej, ale mózg się obudził, postukał od wewnętrznej strony czaszki i kazał zawrócić. Wróciłam. Mrugnęłam. Przeczytałam jeszcze raz. Mrugnęłam ponownie.

Konsternacja. 

To nie wiersz tylko ogłoszenie na profilu wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria. 
(Tak w ogóle promocja trwa do 17 lutego, jeśli ktoś byłby zainteresowany...)

wtorek, 12 lutego 2013

"...panda kontratakuje" - niespodziewany epilog

 Niespodziewany nocny SMS:

MRC - "Zuzu, no! Przez Ciebie ogladam teraz pande :P"

ja - "Zabojcze, prawda?"

MRC - "Ba! Teraz probuje zejsc z drzewka (albo sie z nim bawi)"

~~
Pan Da jako cyniczna część mojej osobowości oczywiście o wszystkim wiedział od razu i nie pozostawił tego bez komentarza:

Pan Da - Widzisz? Ta cała MRC zna się na ludziach... to znaczy na pandach i wie co dobre. Może, jeśli mi się będzie chciało, zaproszę ją na kawę?
ja - Wiesz że ona mam męża i dziecko?
Pan Da - ........... fuck.

Alla prossima.

środa, 6 lutego 2013

"Sesja, sesja ach to ty...!" i panda kontratakuje

Czyż dzień nie jest piękny, kiedy możesz go zacząć od pisania pracy magisterskiej? Naprawdę kocham zapach materiałów źródłowych o poranku. Po paru dniach ślęczenia nad tekstami człowiek zaczyna pragnąć obserwować jak świat płonie albo zimy nuklearnej. Ewentualnie jedno i drugie, w dowolnej kolejności. A tak poważnie...

Wreszcie wyrwałam się z niebytu, w który trwałam od jakiegoś czasu, a który nazywa się sesją. Na szczęście System Eliminacji Studentów Jest nie-Aktywny - niech będzie błogosławiony student piątego roku i wykładowcy jego. Większość zaliczeń udało się załatwić szybko i prosto, w postaci prac pisemnych, co ograniczyło przymus nauki i kucia do minimum. Ale i tak marzył człowiek o jakimś magicznym krześle, guziku, pilocie, czapce, czymkolwiek, co odłączałoby internet w komputerze. Rzecz jasna istnieje taki przyrząd, ale tylko wariat by go szukał albo faktycznie używał - wszak internety są miejscem, gdzie mieszkają cycate kobiety, małe puchate kotki i pandy. A no właśnie... Pandy.

Pandy z zoo w San Diego poznałam przez Kulinarną, która niechcący otworzyła puszkę pandory. Pandzie Truman Show zyskało nową wielbicielkę, a nawet dwie, jeśli się weźmie pod uwagę również Bufkę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spędziłyśmy długie godziny na inwigilowaniu i komentowaniu tych (w gruncie rzeczy) nudnych stworzeń, odkrywając przy tym, że wcale nie są takie nudne, a wręcz przeciwnie - fassssscynujące. 

Ja: - "BTW, właśnie skończyłam pisać o PMS i patrzę, jak panda z San Diego wpieprza bambus...." 
Bufka: - "jest w tym coś hipnotyzującego... w tej pandzie znaczy się. Chociaż ona tak żre ten bambus, jakby on jej coś zrobił, aż ciary przechodzą człowieka. Normalnie, Terminator, nie panda"

Mały screen z moich obserwacji - jedna panda je, druga śpi... Standard. 
I tak zaczęła się przygoda z pandami. (Przy okazji - nie pytajcie, co wątek o kobiecym PMS robi w mojej pracy magisterskiej). Można wręcz powiedzieć, że dzień należy uznać za stracony, jeśli się nie sprawdziło, co u pand. I ciężko jest znieść godziny około południowe, gdyż w tym czasie pany śpią. ....To znaczy: one prawie zawsze śpią, a jak nie śpią, to jedzą i szykują się do snu. Chodzi o to, że w tym czasie u pand zapada noc, a kamera niestety nie jest na podczerwień, więc widać jedynie mroczny mrrrrok. Próbowałyśmy się z Bufką dopatrzeć w tych ciemnościach światełka z pandziej lodówki z mrożonym bambusem, ale niestety. Ciemno jak w uchu pandy.

Z tego co wiem, nie tylko mnie dopadła mania podglądactwa sympatycznych stworzonek, jednak większą popularnością wśród przyciśniętych przymusem nauki studentów podobno cieszyły się żubry. No cóż. Może należy zmienić hasło reklamowe na: "Rano panda, wieczorem żubr"? 

Powinnam mieć być może wyrzuty, bo ostatni kolaż został sklejony daaaawno temu i nawet nie został jeszcze opublikowany (wstyd i hańba), ale panda w połączeniu z magisterką skutecznie odciągnęły mnie od realizacji ambitnych zamiarów artystycznych. Najpierw czas goni, bo trzeba się spieszyć z dzienną normą tekstu, a po zmroku jakoś człowiekowi odchodzi ochota na zabawę nożyczkami i klejem. Może też byłabym w stanie się zmusić, ale nigdy nie robię kolaży po nocach - lampy dają fałszywy obraz dotyczący kolorów i rano można się niemiło zdziwić. Wrócę do klejenia i to już niedługo, wiem to na pewno, ale na razie... musze sprawdzić co u moich pand. 

Ci vediamo!

Ps. Sprawdziłam. 
Moja panda je. 
Znowu... 


piątek, 11 stycznia 2013

Na łodzi podwodnej nie ma miejsca na sentymenty...

Wbrew pozorom nie zapadłam w sen zimowy. Żyję i mam się dobrze, dziękuję. Standardowo dopadł mnie syndrom styczniowy, czyli przygotowania do sesji, a tym roku nawet nie tak strasznej, ale dzielącej mój kalendarz wespół w zespół z innymi zobowiązaniami i obowiązkami, zarówno uczelnianymi jak i bardziej prywatnymi. 

Tak czy siak, powrót z sylwestrowych wojaży okupiłam bolesnym powrotem do rzeczywistości. Tym gorszej, że stanęłam przed wyzwaniem praktycznie niewykonalnym (chociaż jak mawiał kapitan Jack Sparrow: "To nie niemożliwe, tylko mało prawdopodobne"). Kiedy szykowałam listy do świętych Mikołajów ze śmiechem przyjęłam fakt, że 90% pozycji to literatura. Potem przestało mi być do śmiechu. Stanęłam bowiem przed wyzwaniem wepchnięcia w półki wszystkich otrzymanych z okazji Świąt książek. Czekało mnie dobrze ponad trzydzieści centymetrów katorgi. 

Niestety, wygląda na to, że u mnie w pokoju zjawisko L-przestrzeni nie istnieje. Powierzchnia regałów się nie zagina (przynajmniej na razie. Potem może się co najwyżej zarwać pod własnym ciężarem...) i dostępność płaskich powierzchni na których można postawić twór książko-podobny znacząco... ba! Nawet krytycznie, maleje. A poza tym, (chociaż Homek Toft się nie zgodzi) porządek w książkach musi być!

Odkryłam z bólem, że na mojej łodzi podwodnej (bo tak nazywam swój mikroskopijny pokoik, który jest wyższy niż dłuższy i z tego powodu wymagał odpowiedniej zabudowy) niestety nie ma miejsca na sentymenty. Przynajmniej niektóre. A na pewno nie ma miejsca na pozycje "zbędne". Oczywiście: wszystkie książki są wartościowe (nawet te złe, bo uczą nas jak NIE pisać), ale umówmy się - do niektórych pozycji się już nie wraca bo są AŻ TAK złe. Inne są nie najgorsze, ale zwyczajnie nie trafiły w gusta. To dobra okazja, żeby się tych pierwszych pozbyć "szerokim rzutem za okno", a te drugie posłać dalej w świat, do dobrych ludzi którzy zapewnią im ciepły kąt. (A propos, nie jest ktoś zainteresowany kupnem 1 i 2 tomu "Opowieści rodu Otori"? Tak tylko pytam).

Uprzedzając fakty powiem, że trochę się nagłówkowałam, zwłaszcza w dziedzinie myślenia przestrzennego, ale ostatecznie udało mi się wyczarować te trzydzieści centymetrów. Uświadomiłam sobie jednak, jak dziwne mam gusta literackie. W ramach rozgrzeszenia z inicjatywą 52 sporządziłam dla siebie spis, co poza lekturami i tekstami stricte uczelnianymi przeczytałam w przeciągu ostatniego roku. Stwierdziłam, że moja lista praktycznie sama się pięknie dzieli na podgrupy tematyczne. W ten sposób się dowiedziałam, że jestem przepełnioną liryzmem morderczynią o krwawych zapędach, w wolnych chwilach analizującą zawzięcie problemy antropologiczno-kulturoznawcze, jednakże niewyżytą seksualnie (o czym niezbicie świadczą "Niebezpieczeństwa onanizmu" oraz "Afrodyzjak zewnętrzny albo Traktat o biczyku"). Powiedz mi jakie książki czytasz, a powiem ci kim jesteś... wesołe. Ale mamy nowy rok, nowe książki i być może - nowe wybory tematów, choć wątpię. Tytuły prezentów gwiazdkowych wybitnie przeczą temu założeniu.

Oddzielną kwestią jest to, kiedy ja to wszystko przeczytam? Lista książek rośnie, a czasu nie przybywa. 
Och, dlaczego, dlaczego...? So Many Books, So Little Time...

~~~~

Poniżej niedawna rozmowa ze Snusmumrikenem zwanym w skrócie Mumrikiem: 

Niespodziewanie, w trakcie dyskutowania o powrotach na uczelnię i kłopotach z pakowaniem tobołków. 
Mumrik - Zastanawiam się, jak spakować do walizki ośmioksiąg Kinga, który dostałem.
ja - Jak to? ...Cały ośmioksiąg?
Mumrik - - No tak. Przecież ja to zamierzam całe przeczytać!
ja - Aha... Ale Mumrik... Przecież ty tego i tak nie przeczytasz za jednym zamachem w ciągu tygodnia. Więc tak sobie myślę, że skoro i tak niedługo wrócisz do domu, to przecież możesz sobie spakować, powiedzmy, tylko dwie pierwsze części. Na początek ci wystarczą. Są duże więc zanim je skończysz minie trochę czasu, a jak niedługo przyjedziesz do domu, to przykładowo, zostawisz przeczytany pierwszy tom a weźmiesz ze sobą trzeci.
Mumrik jak to Mumrik. Zamyślił się głęboko nad tym co zostało powiedziane i nie odpowiedział. Myślałam, że zbagatelizował sprawę, ale nie. Jednak wrócił do tematu:

Mumrik -Wiesz? Przemyślałem sobie to, co powiedziałaś. I miałaś rację... Na razie wezmę tylko cztery tomy!


 Ci vediamo!

niedziela, 2 grudnia 2012

imperium kontratakuje czyli facebook w natarciu albo afera o prawa autorskie

Powiem to na wstępie: szczerze pogardzam tą nędzną imitacją kontaktów międzyludzkich jakim jest facebook. Los mnie przymusił do założenia konta (tak to jest jak wszystkie ważne informacje dotyczące studiów przenoszą się nagle z dostępnego forum na jakieś tajemnicze, dostępne tylko dla wybrańców coś) i trudno powiedzieć bym przyjęła ten fakt radością, ale jak już jest, to trudno. Doszłam do wniosku, że skoro już to przeklęte konto mam, to niech będzie z niego pożytek - w postaci pozyskiwanych informacji oraz tablicy, na której mogę "wywieszać" moje kolaże. Ale żeby się jakoś prywatnie uzewnętrzniać? Z kim pijam wódkę, z kim sypiam, kiedy mam najbliższą kolonoskopię - kogo to obchodzi?! Nie umieszczam ani nie czytam takich danych, znajomych w ogóle nie śledzę, bo mnie to nudzi i wychodzę z założenia, że wszyscy moi znajomi i tak wiedzą tyle, na ile zasługują, bo sami dozują sobie dostęp do informacji: moja przyjaciółka z racji częstości kontaktów i bliskości więzi jest na bieżąco ze wszystkim, a daleka znajoma której nie widziałam od lat wie co najwyżej co studiuję i gdzie mieszkam. Jedyne co jest dostępne dla wszystkich, to moje kolaże. I tutaj dochodzimy powoli do sedna dzisiejszego posta.

Społeczność fb wpadła w kolejny szał, tym razem dotyczący praw autorskich. Połowę ludności internetowej ogarnął popłoch, a drugą połowę - pusty śmiech z tych pierwszych. Część przerażonych, ale przepełnionych optymizmem i wiarą w prawo zaczęła się ubezpieczać oświadczeniami o treści mniej więcej takiej:
Ja niżej podpisana,w odpowiedzi na nową politykę FB informuję, że wszystkie moje dane personalne, ilustracje, rysunki, artykuły, komiksy, obrazki, fotografie, filmy, teksty, wiersze, itd. są obiektami moich praw autorskich (zgodnie z Konwencją Berneńską).
W celu komercyjnego wykorzystania wszystkich wyżej wymienionych obiektów praw autorskich w każdym konkretnym przypadku wymagana jest moja pisemna zgoda!
I tak dalej, w ten deseń.  Efekt jest taki, że cynicy natrząsają się z naiwnych, a pesymiści przekonują optymistów, że i tak im to nic nie da. Zaznaczę od razu: sama umieściłam takie sprostowanie. Dlaczego? 

Po czystym przypadku, jakim była okładka książki i płyty wiem, że moje prace mogą się podobać. Miałam wystarczającego farta, że trafiłam na fajnych ludzi, którzy poprosili mnie o zgodę i umieścili moje dane w odpowiedniej stopce. Bardzo się z tego cieszę. Ale coraz częściej spotykam się z tym, że wśród moich znajomych, którzy zajmują się różnie pojmowaną sztuką czy artyzmem szerzy się plaga wirusa jakim jest plagiat, albo - co gorsza - złodziejstwo. Czasami odpowiedni mail, w którym wygraża się prawami autorskimi wystarcza, żeby delikwent przestał wykorzystywać porwane dziełko i wszystko wraca do normy w oazie szczęśliwości. Ale niestety nie zawsze tak jest, co pokazują inne znane mi bezpośrednio przypadki. I nie musi od razu chodzić o wielkie filmy czy koncerny z setką wykwalifikowanych prawników; czasem wystarczy niedoszły facet o lepkich palcach, albo rozhisteryzowana bibliotekarka, która podkrada kudłatym fotografom zdjęcia (nomen omen właśnie z fb).

Nie jestem naiwna. Wiem, że jeśli ktoś będzie chciał mi świsnąć kolaż albo haiku, zrobi to i tak. Ale nauczyłam się, że kto mieczem wojuje od miecza ginie i biurokrację należy zwalczać biurokracją. W fb nie wierzę i szczerze mówiąc trochę mi on drynda i powiewa na wietrze, ale doszłam do wniosku, że to dobra okazja, by wrzucić na moją "ścianę" notkę o prawach autorskich. Gdyby kiedyś było potrzebne (oby nigdy) - mam podkładkę, że sobie nie życzyłam wykorzystywania moich prac i było to jasno napisane.

To był jedyny powód mojego przyłączenia się do ruchu "niżej podpisanych". Teraz siedzę i czytam, jaka jestem głupia i naiwna, bo i tak mi to nic nie da, a poza tym podpisywałam regulamin który... etc. i nie mogę się nadziwić, że jest taka chmara ludzi, którym się chce to przeżywać. (W sumie ktoś może się przyczepić, że ten post też jest jednym wielkim przeżywaniem, ale mnie to raczej dziwi albo bawi niż dotyka). Ale nawet jeżeli jestem głupia i naiwna, to i tak mi się wydaje, że podpisywanie się pod oświadczeniem o prawach autorskich jest mniejszą głupotą, niż wsadzanie sobie do nosa słuchawek w celu zrobienia ze swojej jamy ustnej naturalnego głośnika. 

Ci vediamo. 

niedziela, 11 listopada 2012

Być poetą, być poetą... czyli kobieta na wrzosowisku

Plecie się to życie przedziwnie. Oto nakładem wydawnictwa Kontekst ukazała się w końcu antologia haiku o roślinach p.t. "Niebieskie Trawy", który mogę (i powinnam) uznać za swój debiut poetycki. Wspaniale jest się znaleźć wśród tak zaszczytnego grona autorów. I tutaj rodzi się pytanie przez analogię: skoro o moich współtowarzyszach wydawniczych mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że są wspaniałymi poetami, to czy to znaczy, że sama również jestem poetką? Nie żeby od razu "wspaniałą", ale tak w ogólności? Zawsze obchodziłam tą kwestie nazewnictwa stwierdzeniem, że "piszę wiersze", ale żeby od razy "być poetką"? Jakoś mówiąc o sobie nie jestem do tego sformułowania przekonana.

Smarkaczem będąc mówiłam głośno, że poezja nie jest branżą dla mnie i z zapałem tworzyłam coraz to nowsze opowiadania. Nie będę teraz analizować ich jakości, sensu ani stopnia wykończenia, ale chciałabym wspomnieć o jednym z nich. Spłodziłam wtedy ponad 90 stron i urwałam w pół zdania (być może znamiennym było motto początkowe: QUIS LEGET HAEC? - łacińskie "a któż to będzie czytał?" i stąd ten brak ciągu dalszego). Pomimo upływu czasu doskonale pamiętam jednak co miało być dalej i co było wcześniej.

Historia była w gruncie rzeczy banalna i opowiadała o grupie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, które nade wszystko kochały samotnie wędrować do świecie. Każda z postaci porzucała dawne życie w mieście i po przyjęciu nowego imienia w postaci pseudonimu ruszała w dziki, zalesiony świat jako wędrowiec. Jedną z postaci była młodziutka Wrzosowata, włócząca się po wrzosowiskach Poetka Wędrowna. Teraz pewnie wiele osób pomyśli sobie: "Ha! Mam cię! Wyszło szydło z worka!" ale nie. Miałam i mam liczne wady literackie, ale (na szczęście) nigdy nie cierpiałam na merysuizm ani na utożsamienie z którymś z bohaterów. Oczywiście, zwykle jest tak, że piszący przelewa część swojego doświadczenia życiowego czy osobowości w każdą ze stworzonych przez siebie postaci, ale żeby się od razu utożsamiać? Nieee.... To nie dla mnie.

Później naszła mnie ochota, na posiadanie konta na deviantArcie, w celu pochwalenia się swoimi zdjęciami. Mój komputer jednak z jakiegoś powodu za tą stroną nie przepadał i przy rejestracji uparcie wyrzucał mi jakiś błąd. Nie pozostało nic innego, jak poprosić Kogoś o pomoc. Owy Ktoś w gruncie rzeczy sam założył mi konto.
- Jaki login? 
- No nie wiem. Myślałam nad ><><><><. 
- Nie. To nie. A jak się nazywała ta fioletowa z tego twojego opowiadania, o którym mi niedawno mówiłaś? 
- ...Wrzosowata? 
- O. I teraz będzie dobrze. 
W sumie nie miałam nawet czasu zaprotestować, ale trudno - stało się. Niespodziewanie zaczęłam używać imienia postaci, z którą poza kolorem noszonych ubrań niewiele mnie łączyło. W końcu przywykłam i przestałam się tym przejmować. Mimo iż nigdy nie zapomniałam o Poetce Wędrownej podczepiłam pod "ideę wrzosowatej" moje zainteresowanie ogólnie pojętymi czarownicami i czarami (od procesów czarownic począwszy, przez folklor i ludowe wyobrażenia, na magii sympatycznej skończywszy). Wszak Trzy Czarownice z "Makbeta" zostały przez Szekspira umieszczone właśnie na wrzosowisku więc miało to swój sens. (No i właśnie: Szekspir... znowu ta poezja...)

Późniejsze lata przyniosły mi haiku, a jeszcze później - kolaże. W takim wypadku powstało nowe konto dla plastyczno-literackiej działalności Iro, którą byłam już pełnoprawnie od lat, ale ponieważ nie jestem osobą która lubi gwałtownie odcinać się od przeszłości nowa strona została opatrzona negatywem kolorystycznym starego loga-awatara, a nowa Iro zespoliła się ze starą Wrzosowatą.

Trzymając teraz w ręku moją pierwszą antologię zastanawiam się mimochodem, czy to przypadek, czy też wręcz przeciwnie - zawsze do tego dążyłam. A może to wszystko to jeden wielki Efekt Motyla. Zastanawiam się również, czy w końcu jestem poetką, czy nie. Ale w gruncie rzeczy, czy ta odpowiedź jest taka ważna?

Kolaż 236
Informuję zainteresowanych, że istnieje możliwość zakupienia u mnie powyższego tomiku haiku.


poniedziałek, 29 października 2012

jesienne liście, listy i powroty

Zbliża się wielkimi krokami (pewnie w kaloszach siedmiomilowych) listopad. Pomimo niechęci do szarugi zawsze lubiłam nazwę tego miesiąca. Lisy, liście, listy i listopad - wychodzi moja predyspozycja do zabaw słownych i żonglerki językowej. Kolaż 119 czy 231 są tylko luźnymi przykładami. Nie zmienia to jednak faktu, że dziwnym zbiegiem okoliczności głównie jesienią znajduję w skrzynce listy - nie tylko tej elektronicznej ale i klasycznej.

Nie dalej jak miesiąc temu  wspomniałam o tym Wiercipiętkowi, który (w swym przemiłym zagonieniu połączonym z lekkim roztrzepaniem) chyba nie zwrócił na to specjalnej uwagi, ale pokiwał przyjaźnie głową i Mumrikowi - ten dla odmiany mruknął tylko swoim zwyczajem i wzruszył ramionami, typowo dla Włóczykija. Ja jednak po dokładnej analizie ostatnich kilku jesieni wiedziałam swoje i spokojnie czekałam na rozwój wypadków. Oczywiście doczekałam się.

Nie wiem jednak czy ktoś jeszcze przeżywa taki syndrom list-opadowy czy nie, ale zastanawiam się od czego to zależy. Może po wakacyjnych szaleństwach człowiek wraca do swojego życia i wspominając wieczorami swoje wyczyny zatraca się we wspomnieniach tak bardzo, że odgrzebuje jak archeolog wydarzenia i osoby już dawno minione? A może po prostu budzi się w nas jesienią sentyment i skłonność do "a pamiętasz...?". Nie zmienia to faktu, że od kilku lat jesień zawsze przynosi mi dawne znajomości. 

Różnie to potem z nimi bywa. Niektóre osoby znikają równie szybko, jak się pojawiły i tylko kilka wiadomości w archiwum poczty świadczy, że kiedykolwiek się znalazły, ale inne zostają na dłużej. Część odzywa się regularnie, inne dają o sobie znać raz na kwartał, semestr, rok. Nie ma reguły. Zwykle też takie odkurzenie starych znajomości to wielka przyjemność, budząca sentyment i radość, chociaż zdarza się również i tak, że ponowne spotkanie zakańcza wewnętrzna konkluzja, że nic już nie mamy z tą osobą wspólnego.

To ostatnie mnie akurat nie dziwi. Tak to już chyba jest, że człowiek czasami ma ochotę wrócić (ha, powiedzmy górnolotnie) do korzeni, a później się okazuje, jak bardzo się przeobraził (in plus lub wręcz przeciwnie). Sama nie mogę wyjść z zadziwienia, jak mocno zmienił się mój światopogląd i jak bardzo ja obecna różni się od tej, powiedzmy, mnie sprzed pięciu lat. Chociaż z drugiej strony nie zmieniłam się wcale (paradoks). Dla niektórych może to być nieznośnym rozczarowaniem, a dla innych - miłą zmianą na lepsze. Oczywiście działa to w obie strony.

Mimo wszystko - jestem zadowolona. Bez względu na efekty każde takie stare spotkanie jest niezwykle rozwojowe. I nawet jeśli nie utrzymuję już kontaktu z kimś, kto się odezwał do mnie dwa, trzy, cztery lata temu, to wciąż mile te powroty wspominam. 

Kolaż 007


wtorek, 16 października 2012

"w lewo patrz, w prawo patrz!" czyli o ćwiczeniu karku przy regale

W pierwszej kolejności spieszę donieść (lecąc na skrzydłach radości), że generalny remont mojego pokoju można uznać za zakończony. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie (i niezmiennie też), bo po tylu latach spania "na wysokościach" nagłe przeniesienie się na czas robót na podłogę zniosłam dość źle. Na szczęście budzenie się w nocy z pytaniem "gdzie ja jestem?" zaciśniętym w krtani mam już za sobą.

Dzisiaj zamierzam trochę pomarudzić, bo coś mi się wydaje, że dawno nie marudziłam. Mimble mimo wszystko lubią czasami zmarszczyć nos w geście niezadowolenia i powiedzieć, że coś jest nie tak, jak być powinno, więc i ja dziś trochę pogderam. Rzecz się tyczy książek. Ale nie tyle książek jako tworów literackich, co książek fizycznych, jako-takich. Wprowadzając się bowiem ze swoimi książkami na nowe regały doszłam do kilku wniosków, które w sumie można podsumować tą samą konkluzją: "śmierć wydawcom!". Dlaczego?

Po pierwsze: czy każde wydawnictwo musi mieć własny system drukowania i wydawania książek? Jedni wrzucą logo na górze, drudzy na dole, jedni machną tytuł i autora na grzbiecie w lewą stronę, drudzy w prawą, a ty potem człowieku łaź, szukaj i gimnastykuj kark, wywijając głową raz w jedną, raz w drugą stronę. Niezwykle mnie ten brak usystematyzowania drażni. Wygrażałam wydawcom ostatnio, w trakcie szwendania się po katowickich antykwariatach, ale jak zauważyłam towarzyszącemu mi Mumrikowi ta samowolka wydawnicza jakoś nie przeszkadza; słysząc moje jęki wzrusza ramionami i uśmiecha się rozbrajająco w niemym "o co ci chodzi, kobieto?". Chodzi mi o to, że (moim zdaniem) powinny być ścisłe wytyczne jak zamieszczać dane na grzbiecie książki. Załóżmy: niech będzie tak, żeby tytuł można było odczytać w momencie, kiedy książka leży okładką w dół (abo odwrotnie, wszystko jedno). Unikniemy wtedy głupiego wywijania głową na prawo i lewo. Jak ktoś z tym czegoś nie zrobi, to w końcu środowisko bibliofilskie dorobi się kołnierzy ortopedycznych.
Osobiście zastanawiam się coraz poważniej, (ale moja pedanteria walczy na razie z lenistwem) czy wszystkich moich książek nie poustawiać tak, żeby można było czytać tytuły np. idąc od lewej strony regału do prawej. Oczywiście wiązałoby się to z odwróceniem wielu tytułów w półce do góry nogami. Ale w sumie, co za różnica?  (Podejrzewam, że pewien Homek siedzi teraz i szlocha, czytając o tym nadmiernym uporządkowaniu).

Po drugie: jeśli już muszą, to niech wydawnictwa różnią się między sobą; trudno, jakoś to zniosę. Ale niech już będzie jakiś porządek wewnątrz jednego wydawcy! Mam piękny zbiór twórczości Stachury. Jednak wizualną przyjemność z tego, że wszystkie książki są w tym samym rozmiarze, w białych, twardych okładkach psuje trochę fakt, że każdy tom opisany jest czcionką o innym rozmiarze i kroju. Dziwnie to wygląda...
Na miano mistrza zasługuje jednak wydawnictwo, które wydało trzy tomy poezji Mateusza Kurcewicza. Otóż każdy tomik ma rozmiar diametralnie różny od pozostałych. "Chwilomyśli" mają rozmiar: 15,5x16 cm,  "Lunaświat": 16,5x24 cm a "Bezkształty": 20,5x15. Innymi słowy kolejne książki mają kształt: kwadratu, pionowego prostokąta i poziomego prostokąta. Choćbym bardzo chciała nie jestem w stanie postawić ich obok siebie na półce i z rozpaczą wypatruję tomu w kształcie trójkąta.

Ostatnim grzechem wydawców jest "ulepszanie na siłę". Pół biedy, jeśli ofiarą czyjejś wizji artystycznej albo fantazji lingwistycznej (mówię tutaj o ingerowaniu w tytuły książek obcojęzycznych, żeby były bardziej "atrakcyjne") padnie książka "niezależna", czyli występująca w jednym tomie, bez kontynuacji. Gorzej jeśli ktoś w ten sposób krzywdzi serię.
W liceum na fali wieloletniej fascynacji Japonią odkryłam książkę Takashiego Matsuoki pt.: "Chmara wróbli". Książka spodobała mi się ogromnie i z wypiekami na twarzy czekałam na ciąg dalszy. Zgodnie z zapowiedzią drugi tom miał nosić tytuł "Jesienny most" i pojawić się (bodajże) w kolejnym roku. Spędziłam następne dwanaście miesięcy gryząc pazurki w podnieconym zniecierpliwieniu i kiedy wreszcie nadeszła pora, by kontynuacja "...wróbli" pojawiła się w księgarniach - nic się nie wydarzyło. Czekałam tak długie dni i tygodnie, a kiedy w końcu straciłam nadzieję natrafiłam w jakiejś gazecie na recenzję książki. Po opisie poznałam, że jest to druga część historii. W ten sposób stałam się posiadaczem "Honoru samuraja" - książki wyższej od pierwszego tomu o dobry centymetr, z kretyńskim złotym smokiem i samurajem w twórczym szale mordu na okładce. Co się stało z "Jesiennym mostem" i ładną grafiką jesienną - nie wiem. W informacjach wydawniczych, w rubryce "tytuł oryginalny" jak byk stoi bowiem: "Autumn Bridge"...

Oczywiście zgadzam się w pełni, że jestem zbyt pedantyczna (to raz) i że nie należy oceniać książki po okładce (to dwa). Jednak są sprawy, których nawet Mimbla nie zostawi bez słowa komentarza. Przyznam się, że mimo wszystko mam czasami wielką chęć zakuć jakiegoś wydawcę w dyby i solidnie wygrzmocić mu tyłek nieforemnie wydaną książką. Tak, dla przykładu innym - może kiedyś zmądrzeją.

Fino alla prossima volta.

sobota, 15 września 2012

"co autor miał na myśli" czyli płapki interpretacji

"Co poeta chciał przez to powiedzieć" oraz "co autor miał na myśli" to dwa zdania na które zawsze reagowałam alergicznie i które wciąż, po tylu latach od zakończenia szkoły, wywołują u mnie drgawki. Mimo całej mojej sympatii, ba! Nawet miłości do lekcji języka polskiego nienawidziłam myśli, że zaraz nastąpi ta makabryczna część programu, czyli wiwisekcja literaturoznawcza nazywana potocznie "analizą i interpretacją". Te działania, mające na celu dogłębne zrozumienie wiersza (lub prozy) zwykle kończyły się dobiciem do zupełnie innego portu o nazwie "skrajna niewiedza". Bo przecież moje prywatne odczucia na temat dzieła są błędne, w pierwszej kolejności muszę poszukać klucza, który magicznie otworzy mi drzwi do oświecania, dzięki czemu poznam odpowiedź na dręczące ludzkość pytanie: "co autor chciał przekazać potomnym?".

Efekt tych ćwiczeń był taki, że skutecznie zniechęciłam się do wielu autorów, nierzadko świetnych, do których nawet teraz nie umiem się przekonać bo w uszach wciąż brzmią mi powtarzane w szkołach frazy (oczywiście wykuwane na pamięć, bo odpowiednie wpisanie się w wymagany przez nauczyciela i program szkolnictwa klucz zapewniało wysokie stopnie, a w późniejszym czasie dobre zdanie matury - zgroza i hańba!). 

Rozmawiałam o tym niedawno na sabacie z innymi, podobnymi do mnie, czarownicami. Obie zgodnie stwierdziły, że do dziś noszą w sercu urazę do systemu nauczania i nie potrafią polubić niektórych książek lub autorów, bo wciąż odbija im się czkawką dawnych interpretacji. Przykładowo: w ten sposób ja ostatkiem sił ocaliłam przed znienawidzeniem Leśmiana, ale wciąż dostaję palpitacji na myśl o Gombrowiczu, którego uwielbia moja przyjaciółka, nieuchronnie sięgająca po wiadro za każdym razem, kiedy usłyszy o Słowackim, którego umiłowała sobie trzecia z nas, dla odmiany waląca główką w stół na przypomnienie sobie pamiętnej lekcji, na której mieliśmy radość omawiać zawartość ogródka Zosi. Myślę, że ten łańcuszek można ciągnąć w nieskończoność.

Każda z nas studiuje obecnie na innym kierunku i być może dlatego, że w ten sposób patrzymy na ten sam problem z perspektywy różnych dyscyplin dochodzimy do różnych wniosków, które się wzajemnie dopełniają. Wnioski z dyskusji były następujące: 

1. Każdy człowiek jest inny ponieważ wychował się w innych warunkach, spotkał innych ludzi, przeczytał inne książki i obejrzał inne filmy, a także przeżył inne rzeczy i w ten sposób odczytuje tekst na swój indywidualny sposób, odwołując się do dorobku swoich własnych doświadczeń. (Oczywiście wiązać się to będzie z faktem, że ja-obecna będę do tekstu podchodzić inaczej niż ja-za-lat-pięć, która może mieć już inne doświadczenia za sobą a przez to - inną perspektywę). 

2. Mimo wszystko należy pamiętać o powiązaniu tekstu z autorem. W celu "prawidłowego odczytania" nie należy zapominać o biografii twórcy, ponieważ tekst powstał w określonych warunkach i wynika z konkretnych pobudek. Dobrym przykładem będzie tutaj chociażby Gałczyński, którego wiersze napisane po 46 roku nagle zaczynają tracić swój dziecięcy urok i słodką naiwność, kiedy ma się w pamięci jego losy i doświadczenia życiowe. 

3. Pozornie w opozycji do punktu drugiego. Nie ma czegoś takiego jak zła interpretacja. Jeżeli ja, jako czytelnik, mam jakąś wizję (nawet skrajnie odbiegającą od "intencji autora"!) którą jednak potrafię udowodnić interpretowanym tekstem - interpretacja jest poprawna!

Sama jako autor niejednokrotnie spotkałam się z interpretacjami moich tekstów, które znacząco odbiegały od "pierwotnego założenia". Nigdy jednak nie zdarzyło mi się żebym świadomie wyprowadzała kogoś z "błędu", bo jestem szczerze przekonana, że czytelnik ma prawo do prywatnego odczytu. Publikując coś, czy to w książce, czasopiśmie czy w internecie przestaję być jedynym autorem wiersza. Owszem, dalej jest on mój, bowiem to ja go napisałam, ale każda kolejna osoba czytając go - tworzy go na nowo. I tak ma być! 

Ostatnio taką ofiarą "złego odczytania" padło haiku z kolażu 272 o czym dowiedziałam się przez przypadek. Opisywałam w nim świetliki siedzące na trawach, które miałam okazję kiedyś oglądać, a które wciąż powracają w mojej pamięci w różnych konfiguracjach. Ktoś odczytał to w zupełnie inny sposób i podobno wpadł w wielkie rozczarowanie nie tyle mną czy tekstem, co sobą i swoja interpretacją. A niby dlaczego nie miałby to być opis, no nie wiem, chociażby opadów toksycznych, przez co całe haiku nabrałoby charakteru manifestu ekologicznego? Może chodziło o nawiązanie do meteorytu, który zakończył erę dinozaurów, co w efekcie jest pretekstem do rozważań na temat konfliktu między nauką a religią? Albo to niepodeptane pety, tlące się jeszcze między rabatkami, po pamiętnej imprezie na działce? Ten wiersz jak i kolaż został oddany w ręce czytelników, mając więc prawo szukać tam potwierdzenia dla własnych spostrzeżeń czy wizji świata. Dlaczego miałabym się o to wszystko złościć? Jedyne, czego mi szkoda to tego, że nierozważnym słowem zepsułam komuś przyjemność samodzielnego czytania moich wierszy.

Główny oskarżony - Kolaż 272

sobota, 8 września 2012

lato w odwrocie i jesienna dywersja

"Zdrajco! Zdrajco! Po trzykroć zdrajco!" chciałoby się zakrzyknąć, wymachując przy tym pięścią w stronę okna, a raczej tego, co za oknem króluje - listopadowej szarzyzny (wszak wielokrotnie już pisałam, że listopad to stan ducha, niezależny od kalendarza). Nie mogę się wyzbyć poczucia, że oto staliśmy się ofiarami spisku, wbito nam nóż w plecy i jedyne co nam pozostało to cichy jęk nie bez powodu zaczerpnięty z klasyka: "I ty, Lato, przeciw mnie?".

Już od dobrego miesiąca obserwuję narastający dywersyjny sabotaż prowadzony przez partyzantów jesiennych w hełmach z dojrzewających żołędzi. Paradoksalnie pierwsza zdradziła się mazurska jarzębina, której niepowstrzymane i niespodziewane rumieńce zwróciły moją uwagę i nakazały zachować czujność. Niedługo później dostrzegłam wzmożoną produkcję broni ciężkiego kalibru za którą odpowiedzialne były kasztanowce, nieśmiałe jeszcze ataki w postaci dębowego bombardowania zsyłanych bez litości i ostrzeżenia na okolicznych spacerowiczów, a także pierwsze ofiary w postaci wysuszonych, pożółkłych traw (być może pożółkły z zazdrości, że same nie mogą stanąć w pierwszej linii ofensywy). Niedługo później dołączyły do nich wrzosy, które zaczęły wymachiwać swymi kwiatowymi sztandarami, a których jasnoliliowe i ciemnofioletowe plamy mogłam obserwować z okna pociągu relacji Warszawa-Tychy. Myślałam, że może chociaż mój dom ocaleje przez krótką chwilę i że linia walki między latem a jesienią dotrze tam z opóźnieniem. Gdzie tam! Pierwsze na stronę wroga przeszło dzikie wino, przybierając iście wojenną, bo krwiście-czerwoną barwę. Lato musiało się zlęknąć, bo niedługo po tym żółte flagi kapitulacji wywiesiły nawłocie a zaraz po nich pierwsze suszki w kolorze wyblakłej słomy zaczęły ukradkiem opuszczać swoje stanowiska na gałęziach drzew i uciekać wraz z wiatrem, byle dalej przed działaniami rosnącego w siłę okupanta. 

Trzeba jesieni oddać sprawiedliwość, że o ile wiosna pojawia się raczej niespodziewanie w eksplozji zieleni, lato uroczyście wtacza się na swym złotym rydwanie, a zima jak co roku zaskakuje drogowców (i nie tylko) to ona opanowała do perfekcji wojnę podjazdową, ciężką do uchwycenia dla oka. Wszak jeszcze jest lato! (Ale jak widać nie do końca).

Mimo wszystko lubię jesień. Żarty żartami, ale to moja ulubiona pora roku. Męczy mnie tylko ta szarzyzna, która raz na jakiś czas przykrywa wszystko smętnym woalem i odbiera chęci do robienia czegokolwiek. Wtedy mam chęć jedynie na to, żeby zakopać się w pościeli i wzorem muminków zapaść w zimowy sen mimo iż jesień jeszcze nie rozkręciła się na dobre, a o śniegu nie ma jeszcze co marzyć.

Jednak kiedy jest tak pięknie jak było jeszcze parę dni temu, z przyjemnością wybieram się na najdłuższe nawet spacery, podziwiając narastającą batalię wrześniową. 

Questo è tutto.

Prapremiera kolażu 281 i równocześnie przypadkowa ilustracja ostatniego haiku.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Addio, pomidory!" albo "addio, amore" czyli krótka dyskusja z mamą o miłości

Addio, pomidory! 
Addio, ulubione! 
Słoneczka zachodzące 
za mój zimowy stół! 
...
Mama, zupełnie niespodziewanie i ni z tego ni z owego: - On jej wcale nie kochał. 
Iro, nierozumiejąc: - Kto? 
Mama: - No ON! - kreśli ruch ręką, a Iro już wie wszystko. - Jakby ją naprawdę kochał, to by przed nią pomidorów nie chował! 
....
(Porwał dziewczę zdrady poryw 
i zabrała pomidory - 
te ostatnie, com schowane przed nią miał.) 
...
Iro, po chwili zastanowienia: - No tak...  Ale może nie masz racji. Może on ją kochał, ale wiedział, że to ona go nie kocha i go puści w trąbę, (bo to zła kobieta była!) więc dlatego je przed nią ukrył? 
Mama: - Może... Ale jakby kochał, to by się podzielił.
Iro: - A jakby ona kochała, to by pomidorów nie ukradła.

I tak siedziałyśmy później, każda w swoim kącie i zastanawiałyśmy się nad dowodami miłości i jej okazywaniem. Często w takich momentach przypominają mi się opinie dzieci na różne tematy (tomaty?), także na temat miłości. Gdzieś kiedyś usłyszałam, że miłość jest wtedy, kiedy bez żalu podzielisz się z tą drugą osobą ostatnią paczką frytek. Prosta definicja, ale coś w niej jest. Z jednej strony: kochając prawdziwie bez żalu oddasz to, co lubisz najbardziej, tylko po to, żeby zrobić przyjemność tej drugiej osobie. Z drugiej strony: kochając prawdziwie nie zabierzemy bezdusznie tej osobie tego, co ma ulubionego na świecie (niech już to będą nawet te liryczne pomidory "pękające jak serca"). Podsumowując: kochając dochodzimy do kompromisu, czyli razem konsumujemy i pomidory i nasz związek. Innymi słowy, jakkolwiek śmiesznie to może brzmieć, miłość możemy mierzyć w ilości wspólnie zjedzonych pomidorów

Łatwo przez to dojść do wniosku, że Przybora opisał tu krótki, wczesnojesienny romansik, "poryw uczucia maleńki" a nie prawdziwą jedność uczuciowo-pomidorową. To tak naprawdę marna: 
miłości pajęczyna, 
co oplotła drżący dwukwiat (...) ciał. 
...
W takim wypadku życzę wszystkim by nadchodzącej jesieni znaleźli kogoś, z kim będą mogli dzielić się ostatnimi w tym roku pomidorami. Bo o takie coś trudno, nie tylko dlatego, że zimowe pomidory ze szklarni to nie są prawdziwe pomidory...

Fino alla prossima volta.

piątek, 24 sierpnia 2012

puste okno czyli trochę goryczy

Wpadłam w beczkę gorczycy i jest mi teraz nieprzyjemnie. Od jakiegoś czasu obserwuję irytujący, wręcz niesmaczny trend, którego główną osią jest relacja międzypokoleniowa (a raczej jej brak) i naturalna dla żywego stworzenia śmiertelność.

Do tej pory żyłam sobie w okolicy dość spokojnej, zamieszkałej w głównej mierze przez staruszki mniej lub bardziej posunięte w latach oraz młode małżeństwa, często z dziećmi. I tak to trwało. Aż zwykłą kolejną rzeczy starowinki zaczęły wymierać, a na ich miejsce zaczęli wprowadzać się kolejni wnuczkowie i wnuczki. Od razu zrobiło się przez to mniej spokojnie i cicho, ale nie jest jeszcze najgorzej, więc da się wytrzymać poziom natężenia decybeli (obecnie najwięcej larma robi siedmioosobowa grupka czteroletnich chłopców, potocznie nazywanych u mnie w domu "Karaluchami", którzy z wielkim entuzjazmem i równie wielkim hałasem wespół w zespół odkrywają świat, na razie w obrębie międzyblocza).

Obserwuję coraz częściej (wraz z kolejnymi klepsydrami wywieszanymi na drzwiach do klatek schodowych) wynoszenie na śmietnik starych, sfatygowanych sprzętów po babkach i dziadkach oraz ślady generalnego remontu. Wszak młodzi muszą gdzieś mieszkać, a stare, od lat nieremontowane mieszkanie po dziadkach świetnie się nadaje. I jakoś nikomu nie jest chyba głupio, że dopiero teraz wymienia na kafelki lub inne panele starą papę dachową, która leżała na podłodze w przedpokoju od lat 50-tych (sic), że po kilku dekadach maluje w końcu ściany, wymienia okna na nowe, robi porządek z kablami wiszącymi złowieszczo u sufitu lub wymienia wyrwany od lat włącznik światła. Babci ładne mieszkanie nie było potrzebne, młodym i owszem. 

Znałam z widzenia taką jedną staruszkę, mieszkała podwórko obok i często ją widywałam, idąc na pociąg. Zawsze siedziała w tym samym oknie i patrzyła na drzewko rosnące tuż przed nią oraz na uwijające się przy budce lęgowej i karmniku szpaki, sikorki i wróble. Niezwykle lubiłam ten widok. 
Teraz okno jest puste, przez brak firanki doskonale widzę wygładzone gładzią ściany, poukrywane druty, stare linoleum zwinięte i stojące w formie rulonu przy drzwiach, gotowe do wyrzucenia razem z wiadrami gruzu. Tylko raz jakiś robotnik (a może wnuk?) przysiadł w tym samym oknie, w tej samej pozycji i się zapatrzył. Smutne. 

Widać taki już los staruszek, że popadają w coraz większe zapomnienie, aż w końcu same o sobie zapominają i ostatecznie - ulatują.

otwarte okno
staruszka karmi ptaki
też chce odlecieć

czwartek, 19 lipca 2012

"Ach, ten gościnny Białystok!" i podumowanie wyjazdu na Litwę

Tak jak należy: przed wyjazdem przysiadłam na chwilę, żeby się diabły nie cieszyły i odprawiłam wszystkie wymagane przed podróżą czary i uroki, ale jak widać nie uchroniłam się przed "Złym" ostatecznie i definitywnie. Tak jak przewidywałam, polne diabły przeniosły się do wagonów Polskiej Kolei Państwowej i świetnie się tam teraz bawią kosztem podróżnych. Następne, w drugiej kolejności zadomowiły się na dworcach, ale o tym za chwilkę.

Na Litwę wybraliśmy się jak zawsze na rowerach, ale żeby nie marnować cennego urlopu postanowiliśmy podskoczyć do granicy pociągiem. Po licznych przygodach które dopadły nas zaraz po opuszczeniu domu (strata powietrza w kole jednego roweru, wybuch opony w drugim, itd.) udało nam się dokulać jakoś do Mikołowa, gdzie planowaliśmy zapakować się jakoś do pociągu do Białegostoku. Gdzie tam! Ktoś mało rozgarnięty kradł węgiel i całą swoją zdobycz wysypał na tory, więc nasz pociąg został przeniesiony na inną trasę i do Mikołowa nawet nie zawitał. Udało nam się jednak dostać do Katowic jakimś innym cugiem i załapać na nasz spóźniony prawie półtorej godziny pociąg. Do Białegostoku dojechaliśmy już później bez większych zgrzytów. I tutaj zaczyna się opowieść o gościnności tegoż miasta, a raczej ichniego dworca.

Po pierwsze: dworzec jest zamykany na głucho w godzinach 0:30-4.00 rano. Jeśli jakiś podróżny przyjdzie na dworzec, załóżmy, o godzinie 0:35 nie zostanie wpuszczony do środka. Natomiast ci, którzy się w środku znajdują, nie zostaną wypuszczeni na zewnątrz, choćby się paliło i waliło. "Przepisy". No ok, można to zrozumieć i zaakceptować. Przecież wszędzie łażą menele, pijacy, drobne złodziejaszki i inni nocni maruderzy, których należy się wystrzegać, a dworzec to nie bezpłatna noclegownia... ALE. Żeby zostać na noc na dworcu trzeba mieć ważny bilet na pociąg. Jeżeli człowiek owego biletu nie posiada musi albo takowy zakupić do godziny zero (czyli magicznej 24.30) albo opuścić teren dworca. I teraz ciekawostka. W czasie zamknięcia dworca kasa biletowa działa normalnie. To znaczy w okienku siedzi sobie pani i pracuje, czyli sprzedaje bilety. Wciąż próbuję ogarnąć tę sytuację umysłem. Przecież żeby zostać na dworcu muszę mieć bilet, więc nie kupię go sobie o 3 w nocy, bo go już mam. Jeżeli nie mam biletu zostanę z terenu dworca wyrzucona. A jeśli przyjdę w środku nocy żeby go kupić - nikt mnie do tej kasy nie wpuści, bo drzwi są zamknięte! Wciąż mrugam skonsternowana kiedy o tym myślę. To absolutna prawda - to jest tak głupie, że tego się nie da zmyślić!
(Notabene na nocną zmianę pracuje także tzw. potocznie Babcia Klozetowa, która śpi sobie spokojnie w swojej kanciapie przy toaletach, ale to jeszcze umiem zrozumieć, więc nie będę tego tutaj analizować).

Po drugie: ochroniarze. Miałam takiego farta, że jeden z dwóch panów na zmianie był bardzo miły i sympatyczny, więc obyło się bez kłopotów z jego strony, ale jego "kolega".... Cóż...
W ciągu ośmiu godzin siedzenia na dworcu (już za drugim razem, kiedy czekaliśmy na pociąg powrotny do domu) pan zdążył się popisać brakiem intelektu i przewrotnym sposobem myślenia, który naprawdę kwalifikuje go do zostania Geniuszem Zła.
1. rowery z sakwami (na które mamy bilety kolejowe, więc mają prawo stać na terenie dworca, tak notabene) kiedy stoją oparte o ścianę - uwaga uwaga - "niszczą mienie". Mamy je więc wyprowadzić na noc na zewnątrz, tam gdzie jest ich miejsce na stojaku na rowery. I tak mamy spędzić noc: my w środku, a rowery z całym dobytkiem w sakwach na zewnątrz. Innymi słowy oznacza to, że ktoś nam je może spokojnie rozpakować i zwinąć wszystko sprzed nosa w czasie kiedy my będziemy bezradnie na to patrzeć stojąc po drugiej stronie drzwi (pan ochroniarz oczywiście by nas nie wypuścił w celu ratowania dwukołowego dobytku, bo dworca nie można otworzyć przed magiczną godziną czwartą rano).
2. pan, który z nudów krążył po terenie dworca zostawiając niefortunnie swoją walizkę bez chwilowej opieki (ale na oku nielicznych podróżnych) został oskarżony o bycie bomberem-terrorystą, który planuje przeprowadzenie zamachu na dworcu PKP w Białymstoku. Została wezwana policja kolejowa, pan podróżny został wylegitymowany i nakazano mu otworzyć tajemniczą, śmiercionośną walizę. Gość się wkurzył i przytomnie stwierdził, że mogą go pocałować w nos, jak chcą, to niech sami otwierają zamek ryzykując wysadzenie się w powietrze albo niech wzywają saperów, ale jeśli w torbie znajdą tylko kilka par majtek i koszul na zmianę to sami za tę akcję zapłacą. Skończyło się na wypisaniu wezwania stawienia się na komendę z jednej strony i na geście Kozakiewicza z drugiej, na odchodne.
3. na dworcu panuje zakaz rozmawiania przez telefon komórkowy (zapewne po to, żeby udaremnić zamachy terrorystyczne, jak zgaduję). Jako kolejny oberwał po głowie pan, który stał przed dworcem rozmawiając przez takiż właśnie telefon, a który niespodziewanie (i niefortunnie) wszedł na teren dworca i podszedł do tablicy odjazdów ze słowami: "Czekaj, już ci mówię o której mam odjazd...". No tak, zamachowiec jak nic!
4. jako ostatnia została upomniana pani, która pod wpływem zmęczenia zwinęła się w pół-kłębek na ławce (nogi opuszczone na podłogę jak przy siedzeniu, góra ciała pochylona i położona na ławie, z jakąś torbą pod głową. Chyba każdy chociaż raz w życiu spał w tej pozycji). Pani została obudzona i głośno, publicznie upominania, że ławki służą do siedzenia a nie do leżenia, a już tym bardziej nie do spania, więc ma albo siedzieć prosto albo opuścić dworzec w celu szukania innej noclegowni.

Gość w dom, Bóg w dom...

~~
Co się zaś tyczy Litwy - wyjazd można uznać za udany. Mam po nim następujące myśli podsumowujące:
1. Zgodnie z tym co napisałam ostatnio na każdych rozjazdach dróg mogłam zobaczyć kapliczkę albo krzyż. Dodatkowo, parafrazując Wojtka Malajkata, każdą wieś i miasteczko należałoby ochrzcić nazwą Krzyżowice, Krzyżanowice albo Krzyżowiec. "Krzyżowice wzięły swoją nazwę od krzyży. Są dwa. Jeden przy wjeździe, drugi przy wyjeździe...".
 




2. Chyba nagrzeszyłam brakiem znajomości różnicy miedzy dobrem i złem albo "nie czyniłam dobra przez tchórzostwo i małoduszność" za co trafiłam do piekła dantejskiego. 

Tych nędznych, którzy żyjąc tak jak zwierzę, 
żywi nie byli nigdy, nagich potem 
rój os i wielkich much w obroty bierze. 
Krew się mieszała ze łzami i potem 
i kreśląc twarze, lała się pod nogi, 
gdzie wstrętne glisty żarły ją z powrotem. (Dante Alighieri, Piekło, Pieśń III, 64-69).

Wypisz wymaluj, mój rajd po Litwie! Tak to jest, jak się ma za towarzysza jusznicę deszczową, ślepaka pospolitego i bąka bydlęcego. (Jakby komuś było mało, to do tego sympatycznego tria dołączały ochoczo komary, meszki, mrówki i pokrzywy).
3. Z drugiej strony chyba dostąpiłam wniebowstąpienia i już za życia przelazłam jedną nogą nad ogrodzeniem Raju (mając w sobie mały pierwiastek Włóczykija mam lekką awersję do wchodzenia przez główne bramy). Powiem tak: jeśli ktoś z Was wybiera się na Litwę, to koniecznie musi się skierować w stronę Troków. Tam, przy ulicy Karaimų (Karaimskiej) stoi niepozorna restauracja Senoji kibininė, która serwuje kartacze, bliny i kołduny, które były przyczyną (nie tylko) moich orgazmów gastronomicznych. Szczerze polecam!

Na razie tyle. Jednak już zastanawiam się co dalej...
Ci vediamo!

czwartek, 28 czerwca 2012

"Książki? Wielu moich przyjaciół jest ksiażkami..."

...a raczej - pochodzi z książek. Inna sprawa, że chyba cierpię na jakąś dewiację literacką, bo wszystko kojarzy mi się z czymś, co kiedyś czytałam. ("A czy nie powinno być odwrotnie?" pyta dalej Kathleen Kelly z "Masz wiadomość"). Jest to u mnie wręcz chorobliwe i niemożliwe do powstrzymania.

Wspominając w rozmowie kolegę z czasów szkolnych odruchowo przyrównuję go z wyglądu i zachowania do Severusa Snape'a, a patrząc na nadciągającą burzę mimowolnie zaczynam nucić "Metamorfozę" Stachury, zaczynające się od gardłowego: 
Góra
chmury pękały czarne
coraz czarniejsze 
jakby koni frygijskich groźne tabuny 
aż grom 
przeszył obraz nie dokończony jeszcze
(...) 
I tak dalej, w ten deseń.

Natomiast wchodząc np. do kościoła Mariackiego w Katowicach (po raz pierwszy mimo iż studiuję w jego bliskim sąsiedztwie od czterech pełnych lat, o ironio) od razu zostaję w duchu zasypana cytatami z "Katedry Marii Panny w Paryżu" tudzież, jak kto woli, z "Dzwonnika z Notre Dame" Hugo. W głowie płoną mi wyraźnie, jaskrawymi, drukowanymi literami cytaty, między innymi mój ulubiony, pochodzący z księgi jedenastej (rozdział pod tytułem "Trzewiczek"):
- (...) Gdybyś wiedziała, jak ogromnie cię kocham! Jakim sercem jest moje serce! Jak zaparłem się wszelkiej cnoty! Jak rozpaczliwie zaparłem się samego siebie! Ja, uczony - drwię z nauki; ja, szlachcic - hańbię nazwisko; ja, ksiądz - z mszału czynię poduszkę dla lubieżności, w twarz plwam Bogu memu! Wszystko dla ciebie, czarodziejko! Żeby stać się bardziej godnym twojego piekła! (...)
(Ach ten słodki, mrrroczny romantyzm XIX-wieczny!) Jednak na tym nie koniec. Nawet zwykłe przejście obok mydlarni staje się pretekstem do wspomnienia książki "Fight Club" i usłyszenia w uszach głosu, który przekonuje, że "z wystarczającą ilością mydła można wysadzić wszystko". (Pan Da reaguje na to niezwykle entuzjastycznie i rozpaczliwie namawia mnie, żebyśmy jednak weszli do sklepu).

Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Czy to już objaw szaleństwa, czy cecha charakterystyczna zapalonych czytelników i czytaczy. Tak czy siak, ze zgrozą stwierdzam, że lista książek do przeczytania drastycznie mi się wydłuża zamiast kurczyć. "Witches abroad" Pratchetta stoi zaczęte-nieskończone. "Czary i czarty polskie" Tuwima stoją na mojej półce podręcznej i czekają na cichy, samotny wieczór, kiedy to zasiądę wygodnie w skupieniu (i z kieliszkiem wina) żeby poświęcić im całą uwagę. Zamiast kończyć "Narrenturma" Sapkowskiego kupiłam "Kolor Purpury" Walker, którą pochłaniam, mimo iż zmuszam się do dawkowania sobie tej przyjemności. Wczoraj w antykwariacie dorwałam "Antropologię kulturową" którą koniecznie muszę przeczytać, a jeszcze czeka na swoją kolej "Trium owiec" Leonie Swann czyli druga część owczego kryminału filozoficznego. 

Tyle książek - tak mało czasu. Z rozpaczą dorabiam więc kolejne zakładki (także dla Krewnych I Znajomych Królika) i czekam na zmiłowanie... w sumie nawet nie wiem kogo. W takim razie "kieruję tę modlitwę do dowolnego boga, który w tej chwili słucha" jak mawiają mieszkańcy Świata Dysku. 
Zakładka dla taty, z jednym z jego ulubionych cytatów

Zakłada zrobiona dla Mamusi Muminka


Zakładka dla pewnego... mrukliwego miłośnika filmów :)


wtorek, 12 czerwca 2012

kiedy w(y)padniesz miedzy kawki musisz krakać tak jak one

Znowu się zaczęło. Myślałam, że w tym roku mnie to ominie bo to już połowa czerwca (jakby nie było - późno), ale jednak nie - oto znowu jestem świadkiem niefortunnych pierwszych ptasich lotów.

Tak się jakoś składa że moje podwórko wyjątkowo upodobały sobie kawki. Tak się utarło, że gołębie nie za bardzo nas lubią (ciekawe dlaczego?) ale kawki gniazdują w moim sąsiedztwie bardzo chętnie (podobnie jak koty i jeże, ale to oczywiście trochę inna partia). Powiem szczerze, że bardzo fajne z nich ptaszyska. Może nie wyglądają na specjalnie mądre, ale są wbrew pozorom bardzo cwane i sympatyczne, z tym swoim śmiesznym chodem i ciekawskim spojrzeniem. Naprawdę - zabawne z nich stworzeniach. 

Dwa dni temu od pracy odciągnął mnie kawczy lament. Zbiorowym krakaniom nie było końca, więc od razu wiedziałam co się święci. Zajęłam stanowisko obserwacyjne, najpierw przy oknie, potem na balkonie. Nie pomyliłam się. 

Jak co roku znalazła się jakaś ofiara losu, która albo za bardzo zawierzyła swoim zdolnościom albo po prostu miała zwyczajnego pecha i wyleciała z gniazda, na łeb, na szyję i na złamanie dzioba, że się tak wyrażę. Pokurcz dreptał pod murkiem okalającym plac przedszkolny tłukąc od czasu do czasu skrzydłami, a rodzice, wujostwo, starsi kuzyni a pewnie i dziadkowie siedzieli na gałęziach i siatce ogrodzenia i darli dzioby ile sił w kawczych płucach. Przez dłuższą chwilę przypatrywałam się całej scenie i w końcu postanowiłam interweniować. Znowu...

Jakieś trzy lata temu przyniosłam jedną taką ofiarę do domu, a raczej na balkon, żeby jej nic nie zeżarło. Ofiara okazała się mieć charakter godny dezertera, bowiem trzy razy spadała ze wspomnianego balkonu do ogródka pod nami jak przystało na nielota-kamikadze. Za trzecim razem straciłam cierpliwość i machnęłam ręką. Niech sobie siedzi w krzakach, skoro taka uparta. Z tego co potem widziałam łaziła po podwórku ale nie wiem co się z nią ostatecznie stało. 

W zeszłym roku znalazłam dla odmiany porzuconego nieszczęśnika, nad którym nikt nie krakał, więc łatwo było się domyślić, że rodzinka spisała go na straty. Nie było to specjalnie zaskakujące, bo maleństwo zachowywało się wyraźnie dziwnie, przekręcało na grzbiet przy machaniu skrzydłami i waliło dziobem w chodnik, więc niewiele myśląc razem z mamą wpakowałam ptaszysko do torby i zaniosłam do weterynarza, na drugi koniec miasta. Bardzo miły pan weterynarz kawkę obejrzał i stwierdził, że niestety nic już ze stworzenia nie będzie, bo jakiś wirus czy inna bakteria mu stawy wyżera, więc jedyne co mógł zrobić, to zakończyć cierpienia sieroty. Był to dla mnie bardzo niemiły kubeł zimnej wody i do dzisiaj czasami sobie o tym myślę. 

W tym roku stałam więc na balkonie i oceniałam sytuację. W końcu podjęłam decyzję, ubrałam buty i wlazłam za ptaszyskiem do opuszczonego, nieużywanego nigdy śmietnika i wyciągnęłam je z chwastów. Przejście przez płot nie wchodziło w grę, ale kawka okazała się być na tyle mała, że wspólnymi siłami przecisnęłyśmy ją jakoś przez jedno z większych oczek siatki, żeby jej w nocy koty nie znalazły. Ukryła się pod uschniętym bzem. 
Dzisiaj rano obudziło mnie krakanie. Cała rodzina wespół w zespół z pokurczem łaziła po podwórku przedszkolnym, bezpiecznie za siatką i polowała na robale.

Byłaby z tego piękna metafora w opowieści o dorastaniu, wchodzeniu w dorosłość i zaczynaniu nowego życia. Ale po co...?

Fino alla prossima volta.

Kolaż 094

wtorek, 22 maja 2012

życzenia w powietrzu na wyciągnięcie ręki

I znów, jak co roku, za sprawą topoli przydrożnych zaroiło się w powietrzu od puchu. Jakoś jestem na to wyczulona i wszędzie o tej porze widzę małe, białe strzępki (trochę podobne do gwiazd) które fruną w przestrzeni i lśnią w popołudniowym słońcu, wkręcają się dziewczynom we włosy, wlatują do dusznych autobusów przez uchylone okna i ulatują przy najmniejszym wyczuwalnym podmuchu.

Przypomina mi się dzieciństwo. Biegaliśmy i łapaliśmy ten puch, przekonując siebie nawzajem, że to życzenia. Zasady były proste: trzeba było pochwycić puszek topoli w dłoń, pomyśleć życzenie, chuchnąć i wypuścić puch ponownie w powietrze. Uwolniony strzępek miał polecieć do nieba i się spełnić (im większy był złapany puszek tym lepiej, bo to oznaczało w końcowym rozrachunku większe życzenie).

Oczywiście nie obywało się bez solidnych bijatyk. Nie daj bóg, żeby ktoś złapał puszek wcześniej pochwycony przez kogoś innego - to oznaczało zniwelowanie pierwszego życzenia. Na podwórku zwykle wybuchała wielka bitwa o to, do kogo należy dane życzenie złączone z konkretnym puszkiem topoli. Zazwyczaj po takich bataliach okazywało się, że zaciskając pięści niszczyliśmy życzenia - puch przyklejał się do spoconych dłoni i nie nadawał się już do niczego. 
puch z topoli 
już dzieci na podwórku 
łapią marzenia