Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2012

krótko o śniegu, małpie, fizyce i wyjątkowości

Kiedy byłam mała robiłam "śnieżne" gwiazdki z papieru. Kartkę papieru składało się w odpowiedni sposób, by po wycięciu i rozłożeniu uzyskać symetryczną, sześcioramienną gwiazdkę. Sprawiało mi to ogromną frajdę, może dlatego, że od małego lubiłam symetrię. 

Mówi się, że nie ma dwóch identycznych płatków śniegu. Osobiście wydaje mi się to trochę dziwne, ale kłócić się nie będę. W głowie skacze mi bowiem małpka, a dokładnie teoria (czy też twierdzenie) o nieskończonej liczbie małp. Krótko mówiąc, teoria ta zakłada, że mając nieskończenie długi czas, maszynę do pisania i małpkę, która będzie w sposób losowy przyciskać klawisze klawiatury "prawie na pewno" napisze dowolny, wybrany tekst, od "Poczytaj mi mamo!" zaczynając, a na Szekspirze kończąc. Oczywiście jak mawiał (kapitan!) Jack Sparrow: "jest to nie niemożliwe, tylko mało prawdopodobne", ale mimo wszystko w dalszym ciągu wykonalne. Teoria małpy obrazuje więc mój stosunek do wyjątkowości płatków śniegu. To, że na świecie są dwa identyczne płatki śniegu jest w mojej opinii możliwe, ale nikt nie mówi, że łatwe do udowodnienia. 

Na kształt płatków wpływać ma podobno temperatura, wilgotność i ciśnienie powietrza. Te czynniki decydują, czy śnieg będzie zbiorem igieł, puchem czy innym "śniegiem ziarnistym". Ponoć każdy kryształek lodu przechodząc przez chmurę jest poddawany tym czynnikom w innych proporcjach, dlatego każdy płatek jest inny. Wydaje mi się, że liczba możliwych proporcji temperatury, wilgotności i ciśnienia jest liczbą skończoną i prędzej czy później płatki będą musiały się powtórzyć, jak nie jutro, to za miliard lat, bo dlaczego by nie? 
Swoją drogą ci naukowcy niby tacy cwani, ale jednocześnie nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego płatek jest symetryczny (a przynajmniej ja na takie wyjaśnienie nie natrafiłam; być może powodem jest to, że "sześć ramion kryształu podróżuje razem, więc natrafia na identyczne warunki i rośnie identycznie", ale mnie, fizyko-sceptyka to nie przekonuje. Dla mnie fizyka to niepojęta czarna magia i zawsze podchodziłam do niej z rezerwą). Osobiście lubię powtarzać za sir Pratchettem, że "Stwórca Wszechświata był szczęśliwy. Tytułem eksperymentu wprowadził właśnie do zamieci siedmioramienny płatek śniegu i nikt nie zauważył". (tom pt. "Eryk")

Teorię wyjątkowości potwierdzać ma jednak fakt, że w wypadku każdego makroskopowego obiektu jest mało prawdopodobne, a wręcz prawie niemożliwe (teoria małpy się kłania), by gdzieś na świecie (a nawet we Wszechświecie) istniały dwa obiekty identyczne na poziomie molekularnym. Na to nie mam argumentu.
Za to mam z tego jeden wniosek, w formie pytania: czyżby pierwszy raz w moim życiu nauka nie zabiła bajeczności świata? Paradoks, bo przecież zwykle jest odwrotnie... Ale widać jest jeszcze nadzieja.

Kolaż 246

niedziela, 1 stycznia 2012

marudnie o Sylwestrze i z sympatią o Nowym Roku

Witam wszystkich w nowym roku, który podobno ma być ostatnim - według mojego "majowskiego kalendarza" za 354 dni, (czyli w grudniu) ma być koniec świata. Znowu. Ale wszyscy wiedzą, że Koniec Świata to święto ruchome, więc pewnie nie ma się czym przejmować. (A nawet jeśli, to co to da? Hakuna Matata!)

Jak już kiedyś pisałam, nie znoszę Sylwestra. Nie lubię i już, bo i niby dlaczego? Za huki, wrzaski i larmo oraz za przymus dobrej zabawy? Dziękuję bardzo, postoję (a raczej posiedzę w domu i z ogromną przyjemnością obejrzę jakiś dobry film). Podziękuję również za fajerwerki, z których jest więcej szkody niż pożytku. Jako koziorożec nie lubię wydawać niepotrzebnie pieniędzy (czytaj "puszczać ich z dymem") a jako miłośniczka małych i większych zwierzątek podpisuję się pod stwierdzeniem, że takie grudniowe bombardowanie nie jest ani miłe ani zdrowe dla tych wszystkich dzikich i domowych stworów. Także kwestia postanowień noworocznych jest dla mnie komiczna, a nawet (mówiąc prosto) - głupia. Nie lubię snuć dokładnych i szczegółowych planów, bo z moich planów rzadko kiedy co wychodzi. O wiele lepiej wychodzi mi życiowa "bezplanowość", która łączy się z wewnętrznym przekonaniem, że zawsze wszystko się dobrze ułoży, będzie w porządku i znajdę swój kąt na świecie, gdzie mi będzie dobrze i bezpiecznie. 
Ale, ale... Żeby nie było, że ja tu będę dzisiaj tylko marudzić i wszystkiego się czepiać. O nie, nie jestem aż takim pesymistą. Mam kilka rzeczy które bardzo lubię w Sylwestrze (a raczej dniu po) oraz jedno postanowienie, a raczej plan noworoczny. 

Przede wszystkim cały dzisiejszy dzień, cichy i spokojny (a końcu nocni balowicze muszą kiedyś odespać hulanki i swawole) spędziłam owszem pracowicie, bo nad książką o wdzięcznym tytule "O pochodzeniu idei wzniosłości i piękna" Edmunda Burke, próbując wytworzyć z jego pomocą zgrabną i logiczną pracę zaliczeniową z Estetyki, ale równocześnie z wielką przyjemnością. Trójkowy TOP Wszech Czasów skutecznie podnosi mnie na duchu. Chociaż miałam chwilę buntu, przy okazji Pink Floyd - Another brick in the wall. Ale temu chyba nie można się dziwić (mimo tego wróciłam do nauki, bo w końcu "na gardłach studentów zaciska się powoli pętla wisielcza nadchodzącej sesji" i pracować trzeba). 

A propos sesji - trochę się obawiam, żeby zaliczenia i egzaminy (od których mocno odwykłam w ciągu minionego trzeciego roku studiów licencjackich, a który był dla mnie rokiem mlekiem i miodem płynącym) nie pokrzyżowały mi planu noworocznego. Jako miłośnik książek, który ma jednak pewne problemy z planowaniem czasu (patrz wcześniejsza wzmianka o planowaniu) chcę podpisać się pod inicjatywą "52 książki". Już wybrałam pierwszą pozycję tego roku - "Piekło" Dantego Alighieri. I zanim podniosą się wrzaski tudzież kąciku ust w ironicznych uśmieszkach, chcę wyjaśnić, że chodzi mi o stary-nowy przekład Agnieszki Kuciak, który podzielił "Boską Komedię" na trzy oddzielne części, a których to dwóch kolejnych kawałków nie posiadam (na razie). A jak się nie ma co się lubi, to się czyta to co się ma.

Plan na ten rok? Połączyć przyjemne z pożytecznym, oby jak najskuteczniej. I tego wszystkim życzę.  Fino alla prossima volta.

sobota, 26 listopada 2011

"wzorem są dla mnie misie, nie chce mi się"

No i jednak pomimo starań i dokładnie przeprowadzonej defensywy, poległam pod naporem listopadowej niechęci. Kolorowy do tej pory świat zszarzał i stał się miejscem nieprzyjemnym dla takich Zuziaczków jak ja, z uporem wypatruję więc śniegu i porządnej zimy. Paradoksalnie zima jest dla mnie czasem o wiele bardziej wesołym i kolorowym niż końcówka listopada. Zwłaszcza grudzień ma w mojej opinii nieodparty urok w postaci kolorowych światełek i barwnych ozdób na wystawach sklepowych. Tak, tak, wiem - głoszę herezję, "światowa globalizacja i obdarcie świąt z sacrum", już to słyszałam... Nie zmienia to jednak faktu, że okres przedświąteczny jest dla mnie o wiele bardziej interesujący niż listopad. No właśnie - wyjrzyjmy za okno... A fuj!

Pomijając moje biedne podwórko, rozkopane jeszcze w czasach zapomnianych już miesięcy letnich, co rani moje zmysły estetyczno-ekologiczne oraz zamiłowanie do ciszy, to cierpię dodatkowo na całkowity zanik formy psychiczno-fizycznej. Innymi słowy - komplet niepowodzeń. Czuję, że wzorem są dla mnie misie i marzy mi się jakaś ciepła gawra. To strasznie deprymujące, ale naprawdę wolałabym pójść w ślady niedźwiedzi albo muminków, wypchać sobie brzuszek igliwiem i przespać cały ten niesprzyjający niczemu czas, żeby obudzić się w bardziej przyjemnych warunkach!

Tymczasem męczą mnie hałasy budowlańców, których larmo jest wprost-proporcjonalne do tempa pracy oraz studia. Dobija mnie zwłaszcza poranne wstawanie i wracanie po zmroku. Przez to wszystko przysypiam w autobusach i z trudem utrzymuję głowę w pionie na zajęciach, choćby były nie wiem jak interesujące (i mówię to bez ironii). Po prostu ciągle bym spała! Szukam materiałów do pisemnej pracy zaliczeniowej - oczy mi się kleją, przeglądam internet w poszukiwaniu ilustracji do zamówionej kartki - głowa mi się kiwa, zabieram się za tłumaczenie nowego haiku na włoski - ziewam jak mały krokodyl, czytam tekst o Arapeshach na najbliższe zajęcia z antropologii - ach, wolę nie mówić...
Znacie te małe, kolorowe plamki, które pojawiają się przed oczami na chwilę przed zaśnięciem? Prześladują mnie od ponad tygodnia i latają za mną krok w krok, nie ważne ile bym wcześniej nie spała i ile hektolitrów kawy bym nie wypiła.
Chociaż może to i lepiej, że reaguję na te mgły i szarości w taki, a nie inny sposób. Mogłam cierpieć jak co poniektórzy na doła wielkości kanionu i bez powodu płakać na przystankach. Bo wbrew pozorom nie opuszcza mnie dobry nastrój. Nadal potrafię biegać z tubą plastyczną na ramieniu, który "dziwnym trafem" przypomina mi bazukę i krzyczeć "KA-BOOM!", albo grać na przerwach w "Tylko Pytania". Jednak po tych krótkich wybuchach nagłego ożywienia i optymizmu znowu dopada mnie zmęczenie.

Staram się jakoś pełznąć do przodu w przeświadczeniu (szczerym przeświadczeniu), że wszystko jest w porządku. Odpukać - Krewni i Znajomi Królika są zdrowi, w życiu jakoś się klei i trzyma, prezenty gwiazdkowe praktycznie są już skompletowane, więc nie grozi mi Szał Dnia Przed, sesja powoli straszy, ale jest jeszcze daleko, więc nie trzeba się w panice łapać za głowę tylko powoli robić swoje, a Ptasi Dziub ma dobre wiadomości (a propos - wypijmy za Nowe Stworzenie Boże!). Innymi słowy - pięknie jest! 

Tylko skoro jest tak pięknie, to czemu tak cholernie chce mi się spać??? 

kolaż 245, jeszcze nieprzetłumaczony z racji.... ZIEW...! senności i lenistwa

środa, 16 listopada 2011

pierwszy śnieg czyli w Katowicach z nieba spadają anioły

Dzisiaj zaczęła się moja zima - ogłaszam to oficjalnie na forum publicznym. Wychodząc z autobusu o 7.49 w szarość zimnego poranka stwierdziłam, że oto z nieba pada pierwszy tegoroczny puch. Jak co roku pomyślałam życzenie i ucieszyłam się jak dziecko na ten widok. Oczywiście jak łatwo się domyślić, chwilę po tej krótkiej i raczej nieśmiałej pruszynce nie było śladu. Nawet nie została najmniejsza mokra plamka na chodniku. Ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Uwielbiam świeży śnieg.

W sumie to jest niewyjaśnioną tajemnicą, dlaczego tak a nie inaczej reaguję na to zjawisko pogodowe. Nie zmienia to jednak faktu, że mogłabym na niego patrzeć godzinami. Dlatego na zajęciach z estetyki (godzina ósma zdecydowanie nie jest korzystna do rozważań na jakikolwiek temat) pilnie śledziłam pojedyncze płatki fruwające za oknem. A za rzadką zasłonką puchu - anioły. 

Tym razem to nie metafora, tylko najprawdziwsza prawda i "fakt autentyczny", jak mawia mój dalszy znajomy.
Z okien głównej sali wykładowej oraz kilku salek ćwiczeniowych widzę boczną ścianę Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, która (jak twierdzi Homek) jest "urzędniczością zwizualizowaną" i kwintesencją "odhumanizowanej architektury publicznej". Osobiście mam swoisty sentyment do tego budynku, a w ciągu trzech pełnych lat życia z tym urzędem po sąsiedzku, przyzwyczaiłam się i do kanciastych orłów, i do panów krążących czasami po dachu, i do tych dwóch aniołów, które zadomowiły się nad kolumnami. Z tymi ostatnimi nawet się zaprzyjaźniłam na tyle, żeby zaprosić je do siebie.

Anioły z Urzędu
W ten sposób powstały takie haiku jak: 
zawieja śnieżna
nie widać już urzędu
ani aniołów
albo takie, dzisiejsze:
pierwszy lekki śnieg
- anioły się zerwały
ze ścian urzędu?
Właściwie nie wiem skąd u mnie to zrównanie aniołów ze śniegiem. Może to kwestia podświadomego skojarzenia śniegu z czystością (a dalej to już logiczne). Może to być także zwykłe przeniesienie obrazu, który tak często widuję przez okno w czasie zimowych zawiei. Nie wyjaśnia to jednak mojej miłości do śniegu i pewnego rozerotyzowania tego obrazu śnieżnych aniołów, które w mojej wyobraźni tak chętnie chwytają w ramiona młode dziewczyny, by później zniknąć jak śnieg (chociaż nie zawsze). Angelologia zna takie przypadki...

Kolaż 243
 Może więc należy otworzyć okno i z pełnym przekonaniem zanucić: 
Niechaj przylecą młodzieńce,
Niech mię pochwycą za ręce,
Niechaj odciągną od ziemi,
Niech poigram chwilkę z niemi.
Może przylecą. Swoją drogą ciekawe jak Dziaduniowi Adasiowi spodobałaby się ta śnieżna wizja? Ale on nie ma już nic do gadania.

sobota, 1 stycznia 2011

o Sylwestrze i Nowym Roku

Witam wszystkich w Nowym Roku i na nowym, mam nadzieję - lepszym, blogu. No i popatrzmy tylko, jak to szybko leci - już po 2010 i po zabawie Sylwestrowej. Wchodzimy w 2011 - w nowy styczeń i w nowe 365 dni. Chociaż, należy tutaj uściślić - kto wchodzi ten wchodzi. Zapewne wielu wpełza, albo nawet tego nie robi, bo leży konająca z syndromem dnia następnego. 
Osobiście nie cierpię Sylwestra. Zanim jednak zostanie mi przyczepiona karteczka nieruchawej, sztywnej i nudnej, chcę to wyjaśnić i uzasadnić. Lubię dobrą zabawę, ale nie znoszę musu dobrej zabawy. A niestety od kilku lat dostrzegam to bardzo wyraźnie. "31 grudnia! Trzeba się bawić! Hura!" a potem już tylko szykowanie się przed lustrem w błyszczące ciuchy (których nie lubię), nakładanie makijażu (pod ciężarem którego zapewne się przewrócę) i wciskanie się w pantofelki (które zmiażdżą mi stopy). Potem już spokojnie mogę odstawiać hołubce w tych ciasnych bucikach, przekrzykiwać jakiegoś gościa, który będzie wyśpiewywał że "Jestem szalona" albo że mam inną dolegliwość i upijać się morzem taniego szampana. Byle wytrzymać w stanie w miarę trzeźwym do 12, kiedy to zacznie się strzelanie i masowe płoszenie wszystkich małych zwierzątek. Potem już można się narąbać jak przysłowiowy bombowiec. Ale wszystko to z uśmiechem na twarzy, bo jest Sylwester i trzeba się dobrze bawić.
Osobiście za jeden z moich najlepszych Sylwestrów uznaję ten sprzed dwóch (przepraszam - już trzech lat) kiedy to z grzańcem w termosie i ubrana na cebulkę przedreptałam z moją drogą rodzinką trasę 14 kilometrów przez pola i lasy do mojej ciotki, żeby tam o północy wznieść toast noworoczny i wrócić tą samą drogą do domu. Szalone i nienormalne? Z punktu widzenia wspominanych wcześniej pantofelków i brokatowych sukieneczek pewnie tak, ale wtedy faktycznie, bez przymusu dobrze się bawiłam. 
Zresztą i tak od Sylwestra bardziej lubię pierwszy dzień stycznia. Jest cicho, nikt nie chodzi, nie hałasuje, nie puszcza muzyki, nie drażni znerwicowanych psów. U mnie słychać tylko cicho dzwoniące dzwonki wietrzne (pewnie bardzo tęsknią za latem) i sikorki oblegające karmnik. Więc jeżeli mam być szczera i jeżeli mam wybierać między grudniową zabawą a dniem następnym, wybieram właśnie tę spokojną, kojącą ciszę Nowego Roku. 

kolaż 187

niedziela, 19 grudnia 2010

o ostatniej prostej przed świętami i o karpiach

No i już ostatnia niedziela przed Świętami. Do Wigilii coraz bliżej, można powiedzieć, że to już ostatnia prosta. Ponieważ nie lubię nic zostawiać na ostatnią chwilę, mogę z czystym sumieniem siedzieć w domu i kleić nowe kolaże w przerwach między robieniem obiadu i porządkami. Większość zakupów jest już zrobiona, a wszystkie prezenty są również zakupione i nawet popakowane (leżą teraz spokojnie w bezpiecznych schowkach czekając na swój "Wielki Wieczór"). Domyślam się jednak, że nie wszyscy są tacy zapobiegliwi i że w sklepach trwa istny szał, co potwierdza moje wierne radio i sms'owy wysłannik płci niewieściej. W placówkach handlujących czymkolwiek, co się może przydać w tym świątecznym okresie trwa przysłowiowy Armagedon. Masa ludzkich ciał, plątanina rąk, nóg i głów w czapkach z pomponami i bez pomponów, krzyki wściekłości i rozpaczy, walające się po placu boju fragmenty garderoby, igliwia i gastronomicznych resztek nieznanego pochodzenia to wszystko przywodzi na myśl bitwę na Polach Katalaunijskich, Termopile i Grunwald razem wzięte. Innymi słowy - horror.
Jak to dobrze, że po wszystkim możemy się wyżalić dobrym ludziom, albo poskarżyć innym nieszczęśliwcom. A to, że żona chce robić barszcz z torebki, że nic się jeszcze nie kupiło siostrze pod choinkę, że wszędzie łażą te stare baby, że ślisko jak jasna cholera, że sól wyżera buty, że znowu samochód zasypało, że trzeba okna umyć ("- czy pani też przymarzła ścierka do szyby?"). Wiadomo - przeciętny Polak uwielbia narzekać. Mało jest takich, którzy wracają do domu w dobry humorze po czym chwalą się swoimi małymi sukcesami i radościami. Że już się jest z powrotem w domu, że nie było korków, że to już prawie ferie, że kupiło się żonie ładny prezent, że lampki już się zawiesiło i ślicznie świecą, że karpie takie ładne i dorodne... 
A właśnie, karpie. Nie mogę chodzić na targ, bo nie jestem w stanie patrzeć tym biednym stworzeniom w oczy. Na szczęście nie przepadam specjalnie za ich smakiem (wolę pstrągi), więc nie czuję się później jak winowajca i hipokrytka. No, przynajmniej nie aż tak bardzo jak to mają niektórzy. Dlatego na naszym stole w tym roku karpia będzie niedużo - bardziej dla podtrzymania tradycji kupowania ryb u tych samych, sympatycznych dostawców niż obżarstwa. Wszak nie ma lepszych ryb niż te z Doliny Będkowskiej. Mili panowie starają się "załatwić sprawę" karpi jak najszybciej i jak najłagodniej, żeby się stworzenia zbyt długo nie męczyły. Bo nie wyobrażam sobie trzymać żywego karpia przez kilka dni w wannie, umywalce albo wiaderku, żeby potem walić go w łeb tłuczkiem raz po raz albo truć mydłem. (Podobno najlepszą i najspokojniejszą śmierć można karpiom zafundować spirytusem, ale nie wiem kogo stać na takie "wyrzeczenie").
Aha i proszę tych, którzy bojkotują w ogóle jedzenie jakichkolwiek ryb w czasie Świąt o wyrozumiałość - przypominam, że ta różowa szynka czy pachnący pasztet też miały plany na przyszłość.
Mimo tego rok rocznie, kiedy te biedne stworzenia patrzą na mnie z basenów, akwariów a nawet ekranu telewizora, to mi serce pęka. I przypomina mi się cytat z pewnego filmu: "Smucicie się nad martwym ptakiem, ale nie nad rybą. Szczęśliwi ci, którzy mają głos...".

kolaż 112

wtorek, 14 grudnia 2010

trochę o zimowych podróżach i wyglądaniu przez okna

Zima to przekleństwo podróżników, zwłaszcza (choć nie tylko) tych, którzy korzystają z usług PKP. O polskich kolejach można by napisać książkę i zapewne w dużej mierze przypominałaby ona Księgę Skarg i Zażaleń. Opóźnienia, odwołane połączenia, znikające perony a nawet stacje. Takie właśnie atrakcje funduje nam polski przewoźnik. Ot, chociażby ostatnio wracałam z zajęć do domu pociągiem-widmo. Owa zjawa została zapowiedziana przez panią z głośniczka, co jest o tyle istotne, że widmo jechało z nieopisanego peronu, o czasie, którego nie było na rozpisce, na dodatek z Sosnowca do stacji Tychy Miasto, co było zwyczajnie niemożliwe, gdyż nie było jeszcze wtedy takiego połączenia. Dodatkowo tajemniczy pociąg nie zatrzymywał się na stacjach, na których powinien był się zatrzymać, ale dojechałam do domu cało, bezpiecznie i co ciekawe, o czasie. Ot, „pociąg zaginiony”. Mimo takich przygód lubię jeździć pociągami, nawet zimową porą, kiedy tory się kurczą, trakcje są oblodzone, zwrotnice przymarznięte i co się tam niby jeszcze dzieje.
Śnieżna zima to ciekawy czas – niezwykle paradoksalny. Z jednej strony śnieg okrywa, przykrywa i zasypuje wszystko, sprawiając, że trudno cokolwiek znaleźć: wypadnięte z kieszeni klucze, zgubiony kolczyk, drogę do domu a nawet samochód, jeżeli dobrze w nocy pośnieży. Z drugiej jednak strony śnieg ujawnia wiele rzeczy – czy ktoś już tędy szedł, czy przechodziło tędy jakieś zwierze... Wystarczy się dokładniej rozejrzeć, a dostrzeże się ślady na białej powierzchni.
Wracając do tematu pociągów, moim ulubionym zajęciem jest wyglądanie w czasie jazdy przez okno. Nie tak dawno temu widziałam ogromnego samca bażanta, w pięknych rudo-złotych barwach, dumnie kroczącego środkiem nieczynnego peronu tyskiego dworca głównego. Kilka dni temu dla odmiany, wolno przejeżdżając przez las, miałam okazję oglądać sarnę przedzierającą się przez zaspy. Była ze trzy metry ode mnie i nie zwracała na mój pociąg większej uwagi. Było to bardzo przyjemne przeżycie. Można powiedzieć, że udzielił mi się jej spokój.
Zawsze po takich przygodach, kiedy pociąg przejeżdża i w tyle znika to, co dostrzegłam, rozglądam się ciekawie po wagonie chcąc się dowiedzieć, czy ktoś jeszcze to zauważył i czy przeżywa to tak jak ja. Jak na razie poniosłam same klęski i przeżyłam liczne rozczarowania, ale nie poddaję się. Może jeszcze będę miała z kim jeździć pociągami i wyglądać zimą przez okno.

Kolaż 058

środa, 8 grudnia 2010

o tajemniczym, białym pierzu i zimowych aniołach

Jak można przeczytać w "Słowniku mitów i tradycji kultury" Władysława Kopalińskiego, Anioł to: "w religiach Wschodu - istota niematerialna, pośrednicząca między bóstwem a ludźmi, wysłannik boga w mazdaizmie, judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, z gr. angelos 'poseł, wysłannik, zwiastun'." Najpopularniejsza internetowa encyklopedia podaje węższą definicję, mówiąc rzecz następującą:  "Anioł – według większości religii, w których to pojęcie występuje, byt duchowy, który służy i na różne sposoby wspiera działania Boga" a słownik synonimów dorzuca swoje trzy grosze, przypominając, że anioł (czy też aniołeczek, cherub, cherubin lub serafin) to także przenośnie "obrońca, patron, opiekun, poczciwiec, dobry duch/duszek, uosobienie dobroci".
Po tym teoretycznym wstępie mogę już powiedzieć, że w moim domu zaszył się anioł. Ot, tak sobie, bez wyraźniejszego powodu. Przynajmniej tak sądzę, bo się nie ujawnia. Przyszedł i się bez pytania ukrył w jakimś kącie, gdzie nikt go nie może zobaczyć. No i może bym nic nie zauważyła, gdyby nie fakt, że mój nowy skrzydlaty domownik łysieje. Dosłownie. Wszędzie na mieszkaniu wynajduję pióra - małe, białe i ewidentnie ptasie. Znajduję je leżące na dywanie, na stoliku, na piecu w kuchni... Nawet wczepione w koce i wkręcone we włosy. 
Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło. Grudzień to czas wzmożonej anielskiej aktywności. Mają przecież wiele do roboty. Poza zajęciami, które wykonują przez cały rok czyli na przykład przeprowadzaniem  samotnych dzieci przez kładkę nad przepaścią, objawianiem się wędrowcom w Bieszczadach, modlitwami wszelakimi do bóstw różnorodnych, złoto-świetlistymi zwiastowaniami i przynoszeniem ludziom dobrych wiadomości mają inne, typowo zimowe zajęcia. Ot chociażby trzepią poduszki. Dziko, szaleńczo i namiętnie, co było ostatnio doskonale widać. Poza tymi porządkowo-śnieżnymi zadaniami śpiewają, głównie w chórkach przy okazji szkolnych przedstawień jasełkowych (kto jeszcze nosił na gumce skrzydła z tektury i bibułki?) i budzą kilkuletnich pasterzy w spodniach z dresu i adidasach.  Dwudziestego czwartego grudnia też pracują, razem z Dziadkiem Mrozem, Świętym Mikołajem, Pierwszą Gwiazdką i Dzieciątkiem roznosząc prezenty, a przynajmniej tak słyszałam. Rzecz jasna w grudniu dochodzi im jeszcze namawianie ludzi do dobrego, wszelkiego rodzaju akcje charytatywne, zbiórki pieniędzy, jedzenia, zabawek i innych różności. A jeśli nawet nie robią tego same, to namawiają do tego nas, nieuskrzydlonych.
Nie wiem czy ten mój, domowy, zwyczajnie się ukrywa przed kolegami bo się uchyla od wykonywania obowiązków, czy może ma jakieś inne zadanie specjalne. W każdym razie mógłby się w końcu ujawnić i wyjaśnić mi, dlaczego  od czasu kiedy się pojawił moja nowa poduszka, którą niedawno kupiłam, robi się coraz cieńsza... Tajemnicza sprawa...

kolaż 072

środa, 1 grudnia 2010

nie całkiem na poważne o śniegu i o kobietach

Proszę bardzo - oto jest: pierwszy dzień grudnia i już śnieg, gdzieniegdzie po pachy, gdzieniegdzie po kostki, ale jest. Śnieży, prószy, sypie, pada, leci lub dymi. Tak czy siak, jest obecny chyba w całej Polsce.
Lubię śnieg. Tak, to zdanie jest w tym kraju przez większość obywateli traktowane jak bluźnierstwo, ale taka jest prawda. Lubię śnieg. Nie mam nic przeciwko niemu, wręcz przeciwnie. Prawdopodobnie należę do wymierającego gatunku zimowych czarownic, ale pewna nie jestem. Wszak patrząc na przedstawicielki płci pięknej, zaczynam tracić pewność, czy jestem kobietą, oczywiście w metaforycznym sensie.
Weźmy za pierwszy przykład przeciętną studentkę nauk humanistycznych: skórkowe kozaki na gładkiej podeszwie  (często z obcasem) zapewniających długie i malownicze "ślizgi" na śnieżnej powierzchni i mokrych posadzkach, świetnie chłonące wilgoć, dodatkowo ozdobione nowoczesnym wzorem solnych zacieków. Do tego piękny, cieniutki i króciutki płaszcz oraz szal lub apaszka, misternie zakręcony wokół szyi. Sporadycznie czapka, o większych walorach estetycznych niż grzewczych. Plus rozpuszczony śniegiem tusz do rzęs, jeżeli "Eksponat A" nie wykazał się przewidywalnością i nie zakupił wcześniej wodoodpornego. Tak wygląda przeciętna dziewczyna, w przedziale wiekowym 20-25 lat, w śnieżny, grudniowy poranek. Oj tak, ciężki jest żywot kobiety, jeżeli chce ona atrakcyjnie wyglądać.
I tu chyba mój problem. Ja nie chcę ładnie wyglądać. Ładnie to ja mogę wyglądać pod płaszczem, który i tak zdejmę i zostawię w szatni. Na ulicy ma mi być ciepło, sucho i wygodnie. Przejmy więc do omówienia "Eksponatu B": solidne, sprawdzone buty górskie, zapewniające szybkie i stabilne przejście z miejsca a do miejsca b, nawet przez największe zaspy. Długi, gruby męski płaszcz, w którym podobno wyglądam jest członek gestapo z wysoko postawionym kołnierzem. Gruba, wełniana czapka i szalik do kompletu, tak dokładnie i szczelnie obwiązany wokół szyi, że z twarzy widać tylko oczy. Zestaw dopełniają najcieplejsze rękawiczki, jakie "Eksponat B" mógł znaleźć w domu. 
Przyznaję, zestaw może mało atrakcyjny, ale jak w czymś takim nie kochać zimy? :) 
Pozdrowienia dla wszystkich zmarzluchów! 

Kolaż 170

środa, 24 listopada 2010

krótka notatka o krótkim śniegu i krótkich wierszach na ten temat

Ot i okazało się, że dobra ze mnie czarownica, która ma nosa do pogody. Tak jak przewidywałam w zeszłym tygodniu, zima już pojawiła się w mojej okolicy. Oczywiście nie na długo, była to raczej krótka wizyta będąca bardziej "zapowiedzią" niż oficjalnym "otwarciem sezonu". Tak czy siak, dziś spadł pierwszy śnieg. Był to ten rodzaj śniegu, który w wyraźny sposób jest zmieszany deszczem, jak to mówię. W końcu jednak mżawka odpuściła i pozostał sam czysty, lekki puch. Nie wiem dlaczego tylko ja ucieszyłam się na ten widok. 
W takich momentach od razu przypominają mi się wszystkie śnieżno-zimowe piosenki i wiersze: "Na całej połaci śnieg" Jeremiego Przybory, "Zadymka" Juliana Tuwima, a nawet "Im bardziej pada śnieg..." którą mruczał Kubuś Puchatek. Są to jednak utwory przepełnione "śniegowatością" - w czasie ich czytania lub słuchania wręcz widać tą białość i puszystość pod powiekami. Zwłaszcza "Zadymka" ma w sobie to coś.  Ten wiersz jest dla mnie kwintesencją zimy i "kołującej śnieżycy". Notabene jest najlepszym lekarstwem na długie, bezsenne noce, kiedy zbyt dużo myśli tłucze się po głowie. Szczerze polecam powtarzać to sobie cicho do snu - to najpiękniejsza i najskuteczniejsza kołysanka jaką znam. 
Nie są to jednak piosenki które nadają się na taką późno-listopadową pogodę, przepełnioną niestałością i krótkotrwałością. Znam chyba tylko jeden utwór, który sprostałby temu zadaniu - to "Temat" Tuwima:

Sypkim puchem z rozprutej pierzyny podniebnej
Wyfrunęły, kołując, lotne śnieżne płatki.
I o tym wiersz napisać? Choć miły, choć gładki,
Lecz z łaski nieproszonej, bo komu potrzebny?

Może, gdybym miał synka, dziecko zabobonne,
Pierwszym strachem wpatrzone w śnieżycę zawiłą,
Napisałbym dla niego tę nieprawdę miłą.
A tak - lepiej przemilczeć. Popatrzę. Zapomnę.

Śnieg już znikł. Najprawdopodobniej ja również popatrzę i zapewne równie szybko puszczę całą tę sytuację w niepamięć. Jest przecież tyle ważniejszych spraw... Zostanie mi tylko pierwsze, zimowe przeziębienie i wiersz. 

Kolaż 156

środa, 17 listopada 2010

o porach roku czyli o torcie czasu i jawnej niesprawiedliwości

Mamy jako ród ludzki nieznośną tendencję do wyznaczanie granic. Zawsze i wszędzie musimy nakreślić przynajmniej jedną, mocną krechę, która od tej pory definiuje "to" i "tamto". A przecież nie zawsze jest to łatwe, prawdziwe lub sprawiedliwe. Czasem granicy nie da się wytyczyć. Mówiąc poetycko, gdzie kończy się brzeg, a zaczyna morze? Bardzo często to miejcie stykania się dwóch przestrzeni, płaszczyzn i pojęć jest niezwykle płynne. Tak właśnie jest z porami roku.
Od dziecka tłucze się nam do głowy o czterech, równych kawałkach, sprawiedliwie wykrojonych z czasu jak z tortu. Chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że wiosna nie przechodzi gwałtownie w lato, tylko stopniowo dojrzewa, zmienia się i rozkwita, a moment przejścia jest niemożliwy do określenia, wciąż upieramy się przy rozdzielaniu ich na dwa całkowicie różne od siebie czasy. Godne potępienia postępowanie. Dlatego postuluję o przywrócenie z zakamarków naszej pamięci przedwiośnia i przedzimy oraz o ustanowienie dwóch dodatkowych pór "granicznych" pomiędzy pozostałymi porami roku. Tak dla sprawiedliwości. Ponieważ kiedy człowiek się wsłucha i otworzy oczy odczuje je wyraźnie, mimo iż one same wcale wyraźne nie są.
Ot, chociażby teraz, popatrzmy za okna, na ten dojrzały listopad. Przyznaję, moje obawy sprzed niecałego miesiąca nie spełniły się w stu procentach, chociaż trio mgły, szarości i deszczu faktycznie pojawiło się w moim życiu. Mamy więc pełnię jesieni - wieczory zapadają coraz szybciej, liście opadły z drzew a wszystkie Włóczykije na pewno odeszły już daleko na południe. Mimo tego zdążają się dni, kiedy wyraźnie słychać i czuć echo minionego lata, a może nawet sporadycznie - zapomnianej już wiosny. To te złote, słoneczne chwile wypełnione ciepłem i zapachem suchych liści. Gdzieniegdzie można zobaczyć ostatnie kwiaty, nie tylko w postaci chryzantem i astrów (jak doniósł mi Toft00, ostatnio natknął się na spacerze na iście wiosenne stokrotki), a pośród zielonych jeszcze traw szaleją liczne, różnokolorowe ptaki rozmaitych gatunków. Dzieci z przedszkola naprzeciwko wciąż jeszcze wychodzą na podwórko i bawią się na nowych huśtawkach. I mimo ich różnokolorowych kurteczek trudno uwierzyć, że to pełnia listopada.
Ale przy tym wszystkim, kiedy człowiek zamknie oczy i mocno wciągnie przez nos powietrze, wyczuje coś wyrazistego i specyficznego - woń nadchodzącej zimy. Ostatnio ten zapach jakby się wzmocnił, ale co się dziwić - już połowa listopada. Trudno mi się więc zgodzić z samkitsch, czy raczej napisem który widziała w kawiarni, oznajmiającym że "w tym roku zimy nie będzie". Coś mi się widzi, że chyba jednak będzie i choć to znowu nie tak daleka i mroźna północ jak mogłoby się niektórym wydawać, to w końcu przyjdzie i do nas. Na razie słychać tylko z oddali jej pierwsze akordy. 

Kolaż 021