Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w Dolinie Muminków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w Dolinie Muminków. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 listopada 2012

złamane serce Pana Dy czyli zawieruchy w fioletowym notesie Zuzanny

Pomimo długiego milczenia, w notesie sporo się dzieje. Ale ponieważ poza notesem również dzieje się niemało, moja mała ferajna musiała zejść na dalszy plan wyznań blogowych. Były więc imieniny Czesia (20 kwietnia, ale zawsze!), wyjazd wakacyjny (i tymczasowa przeprowadzka do podróżnego notesu w kratkę), urodziny Jasia (który jest już duży, bo ma prawie trzy miesiące. Jak ten czas leci...), odkrycie przez FanTomka tajemnicy własnej tożsamości (co sama odkryłam z freudowskim zaskoczeniem), oraz bunt Pana Dy związany z nagłym przyrostem naturalnym polnych czarownic (wiadomo: więcej czarownic = mniej miejsca dla Czołowego Cynika). Ale o tym wszystkim innym razem. Zdarzył się bowiem wypadek nieprawdopodobny - Pan Da się zakochał

Wbrew temu, co można by sądzić, wybranką naszego Ironisty nie została PaPi Lotka (ani inny mieszkaniec notesu) tylko Bufka, i to - co ciekawe - Bufka prawdziwa, z krwi i kości, a nie z tuszu i papieru. 

Kim jest Bufka? Najlepszą odpowiedzią na to fundamentalne dla tej opowieści pytanie, jest poniższy fragment książki "Lato Muminków": 
- Gdybyśmy potrafili  z r o z u m i e ć,  jak to się dzieje, to wielka fala wydawałaby się nam czymś zupełnie naturalnym.
- Naturalnym! - pisnęła mała, gruba Bufka. - Homek nic nie rozumie! Wszystko jest na opak, wszystko! Przedwczoraj ktoś mi włożył szyszkę do buta, żeby podkreślić, jakie mam duże stopy, wczoraj jakiś Paszczak przechodząc koło mojego okna zaśmiał się dwuznacznie, a dziś znowu to!
- Czy cała ta wielka fala jest po to, żeby zirytować Bufkę? - spytało jakieś małe stworzonko (...)
- Tego nie powiedziałam - wykrztusiła Bufka przez łzy. - Czy jest ktoś, kto by pomyślał o mnie albo zrobił cokolwiek dla mnie? Nie mówiąc już o dużej fali!
- Może po prostu ta szyszka spadła z sosny - podsunął usłużnie Homek. - Jeżeli, oczywiście, była to szyszka sosnowa. Jeśli zaś nie była sosnowa, to musiała być jodłowa. A czy twój but jest wystarczająco duży, żeby pomieścić szyszkę jodłową?
- Wiem, że mam duże stopy - mruknęła Bufka z goryczą.
- Ja tylko próbuję to jakoś wytłumaczyć - odparł Homek.
- To kwestia odczucia - odpowiedziała Bufka. - Tego się  n i e   d a  wytłumaczyć! 
To właśnie klasyczna, Janssonowska Bufka.
Mój prywatny egzemplarz Bufki znam lata świetlne i jest to znajomość niezwykle owocna i obfitująca w zadziwiające sformułowania. Ta Bufka jest bowiem zaprawiona w wojnach świata i zakonserwowana w cynicznym sosie, co sprawia, ze jest osóbką wyjątkowo uroczą. Skrytym marzeniem Bufki jest wielka zagłada świata, której nie realizuje, bo jest zbyt wspaniałomyślna. Szczerze kocham tę kobietę! W każdym razie...

Dnia pięknego, czerwcowego, przydreptała do mnie Bufka, stanęła i z błyskiem w oku zakomunikowała, że zamierza przejść przemianę duchowo-cielesną. (Niestety mogę przytoczyć jedynie tekst. Ekspresję ruchowo głosową musicie wyobrazić sobie samodzielnie): 
To nie dieta, a zmiana stylu życia! Bo dieta zakłada fazę początkową i fazę końcową i ja zawsze w tej pierwszej fazie początkowej myślałam już o fazie końcowej, że jak to się skończy to się nażrę chrupek! A TO to będzie zmiana bez zakończenia! Łapiesz!? Wieczna faza początkowa bez fazy końcowej! Zuza!!! Ja się przepoczwarzam! Jak motyl! Jak przyjdę w październiku to będę jak palec, jak MOTYL! Jak je***ę skrzydłami to będzie jak podmuch nuklearny! Najpierw zmiotę skórę od mięsa, potem mięso od kości, a potem kości od kości! Będę Pieprzonym Motylem Nuklearnym!
Dla upamiętnienia tej przemowy zapisałam to w swoim notesie, dla potomności. Los chciał, by na ten cytat napatoczył się Pan Da:

Pan Da rzadko się śmieje, a jeszcze rzadziej używa skrótów. Sformułowanie "lol" sugerowało więc, że sprawa jest poważna. Nie pozostało mi nic innego, jak przedstawić sobie tą dziwną parę i czekać na rozwój wypadków. Randka została zaaranżowana, Bufka obrzuciła Pana Dę krytycznym spojrzeniem i zapadł wyrok. Niestety negatywny. Skazujący. Dożywotni.



Pan Da jeszcze długo był załamany po tym zawodzie miłosnym i wyraźnie unikał towarzystwa, zwłaszcza Czesława i Wolfganga. Wiadomo - pierwsza miłość... jednak w końcu doszedł do siebie, a nawet wyszło mu to na dobre. (Chyba).

A Bufka całą tą sprawę skomentowała jednym zdaniem: Ale co to jest "perszing"?  

Fino alla prossima volta!

środa, 4 kwietnia 2012

bardzo krótka uwaga o lecie i o motylach

Wtem spostrzegli pierwszego motyla. Każdemu przecież wiadomo, że jeżeli pierwszy motyl, którego zobaczy się na wiosnę, jest żółty, to lato będzie wesołe. Jeżeli jest biały, będzie to tylko spokojne lato. (O czarnych i brązowych motylach nawet lepiej nie wspominać, gdyż jest to zbyt smutne).
Ten motyl był złocisty.
Tove Jansson, "W Dolinie Muminków"

Mój pierwszy tegoroczny motyl był cytrynowo-żółty. ♥

Kolaż 172

piątek, 23 marca 2012

CSI Kryminalne Zagadki Doliny Muminków czyli tajemnica pochodzenia Włóczykija rozwiązana!

No i wyszło szydło z worka - tajemnica Włóczykija wydała się przypadkiem i przestała być sekretem. Ale tak to już jest, niedomówienie (młodsze rodzeństwo kłamstwa) też ma krótkie nóżki na których może się potknąć. Wystarczy tylko umiejętnie podstawić jej nogę. 

Każdy kto czytał "Pamiętniki Tatusia Muminka" wie, że tatusiem Włóczykija miał być niejaki Jok, który wiódł z upodobaniem leniwe, kocie życie, lubił pomarańcze, łamać zakazy i dokuczać Dozorcy Parku, a tak w ogóle to rzadko się mył. Jego mamusią miała zaś być pewna okrągła i wesoła Mimbla, mama dwóch tuzinów innych Mimbli, w tym także Małej Mi. Nikt jednak nigdy nie wyjaśnił jak ani dlaczego Włóczykij został właśnie włóczykijem, a nie trzymał się grzecznie rąbka maminej spódnicy, żeby zostać (powiedzmy) Mimblem albo małym Jokiem (pamiętajmy, że unikanie kąpieli, ukradkowe palenie fajki i łażenie po drzewach musi być dla małych chłopców niezwykle pociągające. Mając taką wizję ojca aż chce się samemu zostać dorosłym!)

Dawno temu, kiedy jako dorosła pannica odnawiałam swoją znajomość z Muminkami i resztą ferajny kupiłam pierwszą książeczkę z serii, a mianowicie "Małe trolle i dużą powódź", w której znalazłam pewien mały, ale bardzo niepokojący fragment. 
- Serdecznie dziękujemy - powiedziała Mama Muminka. - Pewnie wielu było takich, których zaprosiłeś tu, na górę, na morski pudding. 
- Owszem - odpowiedział chłopiec. - Byli przybysze z rozmaitych zakątków świata: Włóczykije, duszki morskie, małe żyjątka i duże stworzenia, Migotki i Paszczaki.  Czasem też jeden czy drugi Żaboryb. 
Z tego krótkiego fragmentu można wnioskować, że Włóczykijów jednak było więcej niż jeden. No bo jeśli nie, to skąd tu ni z tego ni z owego nagle liczba mnoga? 

I tak rozmyślałam sobie nad tym od jakiegoś czasu, kiedy nagle wpadła mi w ręce odpowiedź, w postaci niebieskiej książeczki z '81 roku. Maria Ziółkowska, autorka, cofnęła się w czasy pogańskie i wytknęła nam, współczesnym, stosowanie dawnych praktyk magicznych czy odczyniających pecha. To przecież oczywiste, że mąż przenosi swą świeżo poślubioną małżonkę przez próg po to, żeby nie dopadło jej złe licho mieszkające właśnie pod progiem! A różne paskudy tam siedziały, oj różne, więc było na co uważać. I tak oto, czytając o trupach czających się pod owym złowieszczym progiem, wyczytałam co następuje: 
Odstawienie [dziecka] od piersi musiało się odbyć w odpowiedniej porze doby i roku. Najłatwiej zapominały o ssaniu dzieci odstawione o północy, ale ponieważ matki przeważnie bały się w godzinie duchów nawet pomyśleć o progu - wybierały południe. Nie odłączano dziecka jesienią, gdy odlatują ptaki, w obawie, aby z dziewczynki nie wyrosła latawica, a z chłopca włóczykij
I wszystko jasne! Mama Mimbla nie dopilnowała dzieciarni i takie są efekty. Ale trudno mieć do niej pretensje - mając ponad dwudziestkę dzieci nietrudno o niedopatrzenie, więc co się dziwić, że jedno przez przypadek (ale dosłownie) zeszło na manowce.  
Fino alla prossima volta. ♥ 
"Sen o Paprociach" czyli Cztery Pory Roku Włóczykija i krótka historia jego podróży na południe.
A jeżeli kogoś ciekawi co to za tajemnicza, niebieska książeczka, niech poszuka w swojej miejskiej bibliotece "Oj, nie przez próg, nie przez próg!" - wbrew tytułowi jest tam dużo informacji nie tylko o progu, ale także o odpukiwaniu w niemalowane drewno, rozbitych lustrach i chuchaniu na pieniądze. Interesująca lektura gwarantowana :) 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

co ma piernik do wiatraka a sól do wiersza

Pomyślałby kto, że pisanie wiersza albo piosenki, to taka kaszka z mleczkiem. Że człowiek siądzie i napisze bez kłopotów kilka zwrotek, no bo co to za filozofia sklecić kilka rymów? Walnie się trochę miłości, trochę tragizmu, upchnie się razem słowa takie jak "śmierć", "kocham", "nienawidzisz", "łzy", "samotność", "czarny anioł" i "odejście" i będzie miodzio. Jakież to naiwne.

Osobiście zawsze wzbraniałam się przed pisaniem wierszy jako takich. Owszem, miałam jeden mały epizod poetycki przed "erą haiku", jeszcze uczniakiem będąc, ale miało to naprawdę niewiele wspólnego z prawdziwą poezją. Zawsze jak o tym myślę, przypomina mi się scena z Muminków (niestety tych telewizyjnych, nie książkowych), w których Mamusia rozmawia z Tatusiem o jego pamiętnikach:
- Jak Ci idzie pisanie, Mój Drogi? 
- Beznadziejnie. Doszedłem do tego nudnego fragmentu mojej młodości...
- A jaki to okres? 
- Ten w których pisałem wiersze. 
Zaiste, prawdziwe. Mogłabym powiedzieć to samo.

Mając tamtą młodzieńczą porażkę w pamięci, od lat starałam się wystrzegać tej formy literackiej wychodząc z założenia, że świat nie jest gotowy na jeszcze jednego grafomana. Bo nie liczyłam (i nadal nie liczę) na cud i bycie samorodnym talentem, który równałby się Szymborskiej czy Osieckiej. "Nim napiszesz wiersz, pomyśli i zważ, jak dalece słuszny to krok i czy na pewno masz czas, żeby pisać wiersz"*. No to siedziałam i zważałam. Do czasu. Wszystko przez jedną Czarownicę od Goździków, która połechtała moją próżność, uderzyła w czułą strunę kolaborantki artystycznej (o tym kiedy indziej) i bardzo z siebie zadowolona pchnęła mnie w ramiona rytmów i rymów. A przecież obiecywałam sobie abstynencję w tej dziedzinie. Owszem, czasem powiedziałam o sobie per poetka, ale zawsze z przymrużeniem oka albo lekką nutą kpiny i autoironii. Nie zamierzałam nigdy aspirować do tego miana.

Przede wszystkim dlatego, iż zawsze wychodziłam z założenia, że jak coś robić, to robić to dobrze, od początku do końca. Żadnej fuszerki i kłapania trzy po trzy. Nigdy nie chciałam się zniżać do tandety (jakiej niestety pełno ostatnimi czasy w internecie), szczerze wierząc, że jeśli być poetą, to być Poetą jak Leśmian, Przybora czy Pawlikowska, a skoro do nich nawet w ułamku nie dorastam, to nie warto zaczynać. No ale jednak dałam się Wężowi skusić i usiadłam nad wierszoklectwem po raz drugi w życiu, tym razem z większą rezerwą i ostrożnością. Prawdę mówiąc zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale w końcu się udało. Nie jest to duże dzieło, raczej miniaturka, którą należałoby w przyszłości rozszerzyć, poprawić, polepszyć, przerobić...

Po haiku mam bardzo duży lęk do obszerniejszego pisania czegokolwiek. Lubię długie formy literackie, ale porównując moje teksty na przestrzeni lat można zauważyć, że zdania stały się chyba dużo bardziej ascetyczne, pozbawione zbędnych (?) ozdobników, a także zredukowały się ze zdań wielokrotnie złożonych do zdań, prawdę mówiąc, prostych. A czy nie powinno być odwrotnie?
Tak ciężko utrzymać dobry ton i nie przesadzić. To jak z dosalaniem zupy. Szczypta uwydatnia smak, sprawia, że staje się bardziej wyrazisty. Ale jeśli człowiek przesoli, to jedynym wyjściem z tej sytuacji jest dolanie wody, a przecież ile można tej wody dolać bez rozmycia innych smaków? Może jednak lepszy jest niedosyt niż przesłodzony (a raczej przesolony) nadmiar?

Czekam teraz na czary tej drugiej Czarownicy, od Goździków Czerwonych. Wrzosowata na razie zakończyła swoje zmagania, ale już po cichu myśli nad następnym wierszydłem licząc, że może być tylko lepiej. Do czego to doszło...
Ci vediamo!

Kolaż 236

* "Uno momento mortis" – Grzegorz Turnau

niedziela, 23 października 2011

o Włóczykiju oraz o Żonie Pięknej i Żonie Wiernej

Mimo iż w charakterystyce Tove Jansson zostałabym przypisana Mimbli (z całą pewnością i nie ma się tutaj co sprzeczać), to moje serducho zawsze należało do Włóczykija. To chyba normalne. Internet aż roi się od dziewcząt mniejszych i większych, od Bufek, Drobinek Leśnych, Paszczakówien (Paszczaczek?) i innych Migotek, które tęsknie wzdychają za Niedostępnym Panem w Zielonym Kapeluszu. 

Jednak jako Mimbla nie mogę nie usiąść z boku i się trochę nie pośmiać z tego wszystkiego. Bo tak naprawdę Włóczykij może i jest skarbnicą mądrości (sama często przytaczam niektóre jego powiedzonka), jest tajemniczy i doświadczony, ale na litość! - która kobieta tak naprawdę by wytrzymała z facetem, który myśli tylko o tym, jak się dyskretnie ulotnić i ewentualnie wrócić za pół roku?

Bardzo trafnie ujął to Homek w "Listopadzie": 
"Zastanawia mnie dlaczego go podziwiają - myślał Homek poważnie. - Oczywiście, bardzo to wytworne, że pali fajkę. Może podziwiają go dlatego, że idzie sobie i zamyka się. Ale ja też tak robię i nikomu to nie imponuje."
No właśnie. Homki nikomu nie imponują swoją cichością (co najwyżej innymi miłymi cechami). Więc jak to właściwie jest? 

Dla mnie osobiście pan W. jest przykładem irytującego Męskiego Wolnego Ducha, który żadnej babie nie da się złapać, ale i piękną metaforą wolności. A jego sylwetka znikająca we mgle listopadowej jest jednym z najpiękniejszych obrazów jesieni (mówiłam o tym ostatnio). Pewnie dlatego tak często gości na moich kolażach i pojawia się gdzieś w tle moich haiku. Najnowszy kolaż, z numerem 242, jest równocześnie dziesiątym w mojej prywatnej serii z Włóczykijem. Przy okazji jest także pierwszym z Włóczykijowych haiku, przetłumaczonych na język włoski (grazie mille per il vostro aiuto, Marga!). 

Kolaż 242
Tak, gdyby nie Marga i jej nieoceniona pomoc oraz wielka cierpliwość pewnie moje tłumaczenia wyglądałyby dość żałośnie. Chociaż z tego co widzę, nie jest aż tak źle, jak by się mogło wydawać (przy moim malutkim, szczątkowym doświadczeniu z tym językiem, więc nie tracę nadziei). Przy okazji - mówi się, że "tłumaczenie jest jak żona. Albo piękne, albo wierne". Trudno się z tym nie zgodzić, chociaż ja usilnie staram się łączyć urodę z wiernością. Nie zawsze jest to jednak możliwe, co często już z Margą zauważyłyśmy. Co tak naprawdę jest ważniejsze? Poprawność składniowa i dokładne przekazanie słów, czy też uroda danego tekstu wynikająca z powabu języka, połączona jednak z wolną interpretacją tłumacza?

Często się zdarza, że dwa takie same teksty przetłumaczone z innego języka są zupełnie od siebie różne. Jedna pani doktor od teatru z mojego wydziału wygłosiła kiedyś opinię, że "wspaniale jest być Polakiem! Mamy tyle różnych wariatów Szekspira, tyle różnych odsłon Hamleta czy Makbeta, a ci biedni Anglicy muszą się męczyć z tylko jednym, niezmiennym tekstem". Trudno tej pani nie przyznać racji. Jednak wszystko to idzie w dwie strony i nagle rodzi się pytanie: ile pięknych tekstów Jeremiego Przybory nigdy nie ujrzy światła dziennego Ameryki, Francji czy Włoch? Bo jak przetłumaczyć np. "O Kutno"? :
Grudziądzu, Grudziądzu
tyś serce mi zrobił z mosiądzu.
Grudziądzu, okrutny Grudziążku ! –
Uczucie-ś ukrócił w zalążku.
Wydaje się to niemożliwe do wykonania. Z drugiej strony pytanie teoretyczne - czy gdyby Przybora urodził się przykładowo w Anglii i również zajął się pisaniem piosenek, to czy stałyby się one sławne na cały świat, czy też przeszłyby bez echa? Bo technika - techniką, lotny umysł - lotnym umysłem, ale w gruncie rzeczy pewnych zjawisk poza językiem polskim się nie znajdzie. Mnogość neologizmów i możliwości słowotwórczych manipulacji w naszym języku jest praktycznie nieograniczona. Chociaż może nie mam racji. Może znalazłby się angielski odpowiednik np. tych czterech wersów? :
Spójrz, jak ludzie z uczucia wyzuci
niskiej chuci oddają się w ucisk.
Jak łódź chuci ich nieraz wyrzuci
na życia dno - gdzie giną, bo zepsuci. 

W końcu geniusz zawsze będzie geniuszem bez względu na swoją przynależność językową. Ta narodowość może go co najwyżej pchnąć w tym lub innym kierunku. 

Przy okazji chodzi mi po głowie mały projekcik. Marzy mi się mianowicie przesłanie jakiegoś wiersza przez różne kraje, w formie łańcuszka, od tłumacza do tłumacza. Czyli np. z Polski do Anglii, z Anglii do Szwecji, ze Szwecji do Francji, z Francji do Holandii i z Holandii ponownie do Polski. Ciekawa jestem jak bardzo wiersz końcowy różniłby się od wiersza początkowego. Ktoś chętny? :)

Pozdrawiam jesiennie wszystkich Włóczykijów oraz wszystkich tłumaczy i ich żony. Zarówno te Wierne jak i te Piękne. 

niedziela, 24 października 2010

"deszcz kropił na jego zielony kapelusz" czyli o melancholii październikowej

Polski, złoty październik chyba na dobre wycofał się w tym roku z mojego życia. Powróciła szara, zimna pogoda i "deszcze od których mam dreszcze" jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Staram się co prawda nie poddawać złemu nastrojowi, ale zdaję sobie sprawę, że będzie mi ciężko zachować optymizm. Nie wiem czy jestem meteopatką czy zwyczajnie łatwo dopada mnie melancholia (lub mówiąc mniej wzniośle - "dół"), tak czy siak koniec października to dla mnie zawsze początek jesiennych dąsów, niestety.
Głównie jest to spowodowane tym, że nastaje wtedy pogoda "listopadowa", której nie znoszę i do której nigdy nie umiałam się przekonać. Robi się zimno i mokro, kwiaty więdną lub usychają w ogródkach, a targowiska warzywne tracą kolory. To wszystko nieodzownie kojarzy mi się z "Doliną Muminków w Listopadzie" i ostatecznym odejściem Włóczykija. "Deszcz kropił na jego zielony kapelusz i na płaszcz nieprzemakalny, który też był zielony, szemrał i pluskał ze wszystkich stron, a las otaczał go łagodną, cudowną samotnością" jak pisała niezastąpiona Tove. (Dziękuję za przypomnienie mi tego fragmentu, toft )
Tak jest co roku, ale teraz jest chyba jeszcze gorzej. Wymarzony temat pracy licencjackiej został w zeszłym tygodniu odrzucony przez moją promotorkę, zanim zdążyłam go na dobre sprecyzować i ubrać w ładne słowa. Nie muszę mówić, że do teraz jestem z tego powodu bardzo rozgoryczona. Zwyczajnie nie tego oczekiwałam i jestem rozczarowana tym stanem rzeczy. Wracając do domu z uczelni także nie dostrzegam niczego optymistycznego. Wszystko spłowiało i poszarzało, a co gorsza - wyłysiało na dobre. Jakby tego było mało, w tej drzewnej nagości wyraźniej objawiły się gawrony i inne ptaszyska żałobne. Nie powiem - od dziecka bardzo je lubiłam, "choć czarne to-to i w ziemi się dłubie", jednak trzeba przyznać, że nie nastrajają  one optymistycznie. Ale przecież nie będziemy ich tutaj za to winić. 
Noce także nie dają odpoczynku od złego humoru - szybko zapadające wieczory zachęcają do oglądania filmów. Jestem jednak osobą która lubi łączyć przyjemne z pożytecznym, mój wybór pada więc ostatnio na filmy, które muszę obejrzeć do egzaminu, który czeka mnie w najbliższej, zimowej sesji. Czego by nie mówić, włoski neorealizm jest cudowny, ale "Złodzieje rowerów" lub "Rzym, miasto otwarte" mimo swojej niezaprzeczalnej urody nie podnoszą mnie na duchu, a raczej dołują mnie z zawrotną siłą i doprowadzają na skraj płaczu. 
Rozczarowanie dorwało mnie również w sferze uczuciowej. Przekonanie, że trzy miesiące wakacji pozwolą mi się wyleczyć z bolącego serca i beznadziejnego zauroczenia Niebieskookim, okazało się być błędne. Spotykam go sporadycznie, a później znów nie śpię nocami. 
Jedyna nadzieja i pocieszenie w tym, że być może z tego wszystkiego powstaną jakieś ładne wiersze...

Kolaż 075

środa, 29 września 2010

o upadku lata, złotym czasie i powrocie deszczu

Ostatni tydzień faktycznie spędziłam na czerpaniu niemądrej, dziecięcej radości z ostatnich ciepłych dni. Z przyjemnością wyprawiałam się na długie spacery, najchętniej w kierunku oddalonego od mojego domu o jakieś trzy kilometry sklepu meblowego. Dlaczego akurat tam? Z dwóch powodów.
Po pierwsze sklep posiada dział ogrodniczy z dużym... z braku lepszego słowa nazwijmy to "ogrodem" - chociaż brak mu duszy i charakteru żeby używać tego miana, to niestety nie mam lepszego pomysłu na określenie niezadaszonego miejsca z kwiatkami w donicach lub wkopanymi w ziemię. Tak czy siak, ta raczej pozbawiona innych odwiedzających przestrzeń, okazała się być ostatnim bastionem upadającego lata. Liście sprzedawanych drzewek dopiero zaczynały zmieniać kolory i opadać, a w sadzonkach wrzosów i chryzantem można było zobaczyć uwijające się pszczoły i duże, pijane motyle - prawdopodobnie ostatnie w tym roku.
Po drugie dowiedziałam się przypadkiem, że dział tapet oferuje darmowe próbniki, przez co niespodziewanie stał on się dla mnie źródłem zaopatrzenia w materiały na kolaże. Wiem, wiem, ta "degustacja" jest tylko dla późniejszych kupujących, ale postanowiłam wyłączyć sumienie i nie zwracać na to uwagi - w razie czego powiem, że mam bardzo duży dom i w ogóle nie umiem się zdecydować. (Efekty tych wypraw łowieckich można zobaczyć w mojej galerii na deviantart.com). Po tym odkryciu z lubością kierowałam się właśnie w stronę owego sklepu, żeby wrócić do domu ze stertą tapetowych zrzynków i naręczem nowych liści do zasuszenia. Przyjemność z tych spacerów była tym większa, że jesień w końcu pokazała swoje złote oblicze. Przy ulicy Dębowej klony pięknie zmieniały kolory, a topole zrzucały swoje liście w kształcie pożółkłych serc (paradoks - po zmianie kierunku dawnej ulicy, nie zmieniono jej nazwy. W ten sposób przy Dębowej nie rośnie ani jeden dąb). Trochę dalej, na skwerze sporadyczne stuknięcia i trzaski dawały znać, że nadszedł wreszcie czas zbierania kasztanów. Oczywiście nie mogłam się oprzeć - każdy kasztan zdawał się wołać: "Weź mnie ze sobą do domu!". Jak tu nie ulec takiej prośbie? 
Niestety nic w przyrodzie nie trwa wiecznie i oto za moim oknem znów pojawiła się znajoma szarość, zimno i deszcz. Nie będę ukrywać, że kiedy to nastąpiło byłam bardzo rozczarowana. Mój ukochany czas roku znów został pokonany przez smutny, przedwczesny listopad - bo nie każdy wie, że dla mnie listopad to stan "ducha" pogody, a nie wytyczony datami miesiąc. W ten sposób ponownie zaszyłam się w domu, usilnie broniąc się przed chłodem i chandrą. 
Nie mówię, że jest to zły okres bez żadnych plusów, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie - ostatnie dni okazały się być dla mnie niezwykle płodne, zarówno w poezji jak i w kolażach. Mimo tego trochę mi smutno, że złote światło, babie lato i żółto-szkarłatne liście zniknęły spłukane deszczem i tylko te ostatnie zatrzymały się na kratkach ściekowych, jakby wypłukane z barw. Teraz jedynie koszyk pełen kasztanów i stojący na parapecie, oprawiony w ramkę Włóczykij, którego dostałam od kunie-kundy, dają mi pewność, że to za czym tęsknię nie było tylko snem nocy jesiennej.

Kolaż 142
(A Włóczykij autorstwa kunie-kundy do obejrzenia tutaj.)