Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folklor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folklor. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lipca 2012

PRZERWA WAKACYJNA (i ostrzeżenie przed piekielnym PKP)

Swego czasu byłam na niezwykle ciekawej konferencji o diabłach i ich miejscu w kulturze. Sporo się wtedy dowiedziałam, m.in., o postaci diabła w literaturze rosyjskiej, o demonicznej stronie paleontologii (rewelacyjny referat dr PhD Eleny Yazykovej z Rosyjskiego Centrum Kultury i Nauki w Polsce!), o diabłach Tadeusza Nowaka oraz o wizerunku diabła (i pomniejszych diabełków) w teatrze Polskim. Dodatkowo dowiedziałam się również jaka jest różnica pomiędzy czortem, biesem i niedotykomką szarą. 

Przy okazji warto wiedzieć, że są miejsca gdzie szczególnie jesteśmy narażeni na działanie biesów i czortów. Są to: 
- poddasza 
- piwnice 
- miejsca przed i za piecem (nie wiem, czy piekarnik albo grill ogrodowy też się liczy)
- stodoła 
- chlew
- granica wioski 
- drzewa nieczyste (m.in. : suche wierzby, grusze i orzechy)
- jaskinie
- jamy
- pustkowia
- gęstwiny leśne 
- bagna 
- oczka wodne
- wiry
- mosty
 a także
- skrzyżowania i inne rozwidlenia dróg (ponieważ człowiek wtedy się waha, a przez to staje się łatwym celem dla sił piekielnych. Dlatego na rozstajach tak często stawiano krzyże i kapliczki, dla złagodzenia działania Złego).
Wynika z tego, że najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, a i w obrębie domostwa warto mieć się na baczności. Jednak patrząc na rozkład PKP zaczynam podejrzewać, że siły piekielne porzuciły dawne siedliska i zainteresowały się polską koleją i połączeniami wakacyjnymi. Na litość! Żeby z Ełku móc dojechać do Białegostoku jedynie połączeniem 15godzinnym z dwoma przesiadkami? To jest granda! (Dla porównania trasa samochodowa pomiędzy tymi miastami wynosi 108 kilometrów i można ją przejechać w godzinę 44 minuty). Pociąg z Katowic do Lublina jedzie przez Warszawę. I inne tego typu kwiatki... Nic tylko uzbroić się w wodę święconą i modlić do św. Iwana Kupały (jak to powiedziała wspomniana pani doktor Elena Yazykova). 

Życzę więc wszystkim włóczykijom i włóczynóżkom dużo cierpliwości i bezpiecznych rozwidleń dróg, tym bardziej stacjonarnym wakacjowiczom spokoju, a wszystkim - udanego wypoczynku i dobrej pogody! I nie zapomnijcie przysiąść na chwilę, przed wyruszeniem w podróż.

ArrivederLa e buon viaggio!

Kolaż 106.

czwartek, 10 maja 2012

most pomiędzy światami a świetlisty zajączek

Każdy wie, czym jest tęcza - "zjawisko meteorologiczno-optyczne, polegające na rozszczepieniu promienia słonecznego w kropli wody", blablabla... Nie zmienia to jednak faktu, że tęcza to jedno z najbardziej ulotnych a przy tym uśmiechotwórczych zjawisk pogodowych.W sumie nic dziwnego, że tęcza jest znakiem przymierza z Bogiem, ale do mnie bardziej przemawia mit skandynawski, o tęczowym moście. 

Bifröst (bo tak się nazywało to miejsce) łączył Midgard czyli świat ludzkich śmiertelników z Åsgardem, będącym światem bogów. Na straży mostu stał bóg Hajmdal, który mógł widzieć na bardzo dużą odległość, a jego słuch był tak czuły, że słyszał, jak rośnie wełna na owcach (no i trawa, którą owe owce zjadały, logiczne). Tęczowy most miał ulec zniszczeniu w czasie Ragnaröku (będącego nordycką wersją końca świata), załamując się pod ciężarem gigantów szturmujących siedzibę bogów. Piękna wizja, trzeba przyznać. Najbardziej jednak w tej opowieści podoba mi się jeden, szczególny fragment, tłumaczący, dlaczego ludzie nie mogą przejść do Åsgardu. Odpowiedź jest zaskakująca w swej prostocie - śmiałek, który spróbowałby przejść po tęczowym moście spłonąłby w czerwonym pasie koloru. 

Kolaż 155
Osobiście jednak, jakkolwiek poetycko to brzmi, nie boję się czerwieni. Od lat poluję z aparatem na tęczowe zajączki, które rok rocznie pojawiają się u mnie w mieszkaniu, za sprawą szklanych kryształków zawieszonych w oknie. Nie mogę się nadziwić jak szybko znikają, kiedy Słońce przesunie się odrobinę i zmienia się kąt załamania promieni. Normalnie się tego nie zauważa, ale naprawdę lecimy w kosmosie z niesamowitą prędkością (bodajże 1674 km na godzinę jeżeli dobrze pamiętam i niczego nie mieszam).
Tak czy siak, bez względu na pęd z jakim lecimy przez kosmos, osobiście polecam takie polowanie - to nie tylko wspaniała lekcja kontemplacji ulotnego, ale także świetna zabawa. 

Do następnego razu.
 

piątek, 23 marca 2012

CSI Kryminalne Zagadki Doliny Muminków czyli tajemnica pochodzenia Włóczykija rozwiązana!

No i wyszło szydło z worka - tajemnica Włóczykija wydała się przypadkiem i przestała być sekretem. Ale tak to już jest, niedomówienie (młodsze rodzeństwo kłamstwa) też ma krótkie nóżki na których może się potknąć. Wystarczy tylko umiejętnie podstawić jej nogę. 

Każdy kto czytał "Pamiętniki Tatusia Muminka" wie, że tatusiem Włóczykija miał być niejaki Jok, który wiódł z upodobaniem leniwe, kocie życie, lubił pomarańcze, łamać zakazy i dokuczać Dozorcy Parku, a tak w ogóle to rzadko się mył. Jego mamusią miała zaś być pewna okrągła i wesoła Mimbla, mama dwóch tuzinów innych Mimbli, w tym także Małej Mi. Nikt jednak nigdy nie wyjaśnił jak ani dlaczego Włóczykij został właśnie włóczykijem, a nie trzymał się grzecznie rąbka maminej spódnicy, żeby zostać (powiedzmy) Mimblem albo małym Jokiem (pamiętajmy, że unikanie kąpieli, ukradkowe palenie fajki i łażenie po drzewach musi być dla małych chłopców niezwykle pociągające. Mając taką wizję ojca aż chce się samemu zostać dorosłym!)

Dawno temu, kiedy jako dorosła pannica odnawiałam swoją znajomość z Muminkami i resztą ferajny kupiłam pierwszą książeczkę z serii, a mianowicie "Małe trolle i dużą powódź", w której znalazłam pewien mały, ale bardzo niepokojący fragment. 
- Serdecznie dziękujemy - powiedziała Mama Muminka. - Pewnie wielu było takich, których zaprosiłeś tu, na górę, na morski pudding. 
- Owszem - odpowiedział chłopiec. - Byli przybysze z rozmaitych zakątków świata: Włóczykije, duszki morskie, małe żyjątka i duże stworzenia, Migotki i Paszczaki.  Czasem też jeden czy drugi Żaboryb. 
Z tego krótkiego fragmentu można wnioskować, że Włóczykijów jednak było więcej niż jeden. No bo jeśli nie, to skąd tu ni z tego ni z owego nagle liczba mnoga? 

I tak rozmyślałam sobie nad tym od jakiegoś czasu, kiedy nagle wpadła mi w ręce odpowiedź, w postaci niebieskiej książeczki z '81 roku. Maria Ziółkowska, autorka, cofnęła się w czasy pogańskie i wytknęła nam, współczesnym, stosowanie dawnych praktyk magicznych czy odczyniających pecha. To przecież oczywiste, że mąż przenosi swą świeżo poślubioną małżonkę przez próg po to, żeby nie dopadło jej złe licho mieszkające właśnie pod progiem! A różne paskudy tam siedziały, oj różne, więc było na co uważać. I tak oto, czytając o trupach czających się pod owym złowieszczym progiem, wyczytałam co następuje: 
Odstawienie [dziecka] od piersi musiało się odbyć w odpowiedniej porze doby i roku. Najłatwiej zapominały o ssaniu dzieci odstawione o północy, ale ponieważ matki przeważnie bały się w godzinie duchów nawet pomyśleć o progu - wybierały południe. Nie odłączano dziecka jesienią, gdy odlatują ptaki, w obawie, aby z dziewczynki nie wyrosła latawica, a z chłopca włóczykij
I wszystko jasne! Mama Mimbla nie dopilnowała dzieciarni i takie są efekty. Ale trudno mieć do niej pretensje - mając ponad dwudziestkę dzieci nietrudno o niedopatrzenie, więc co się dziwić, że jedno przez przypadek (ale dosłownie) zeszło na manowce.  
Fino alla prossima volta. ♥ 
"Sen o Paprociach" czyli Cztery Pory Roku Włóczykija i krótka historia jego podróży na południe.
A jeżeli kogoś ciekawi co to za tajemnicza, niebieska książeczka, niech poszuka w swojej miejskiej bibliotece "Oj, nie przez próg, nie przez próg!" - wbrew tytułowi jest tam dużo informacji nie tylko o progu, ale także o odpukiwaniu w niemalowane drewno, rozbitych lustrach i chuchaniu na pieniądze. Interesująca lektura gwarantowana :) 

środa, 9 marca 2011

o Homo Symbolicus (i starzejącym się księżycu) rozważań c.d. ...

Ot, ciąg dalszy luźnych rozważań z zeszłego tygodnia i przy okazji swoista quasi-errata. A wszystko przez zbieg okoliczności na który składa się rozmowa z F. (poprowadzona już po zeszłotygodniowym poście) i zajęcia z folkloru polskiego, które mam na uczelni.

F. delikatnie wytknął mi nieścisłość i zwrócił uwagę, że "symbol występuje w przyrodzie" a nie tylko u rodzaju ludzkiego. Faktycznie, czytając ostatni tekst można wyjść z założenia, że odmawiam zwierzętom prawa do symboliki. Mój błąd i brak precyzji. Wszak zwierzaki większe i mniejsze mają swoje sposoby komunikacji, a jak wiadomo język ciała także uznawany jest za system znaków symbolicznych. Tak więc zaznaczam, człowiek nie jest niczym wyjątkowym. Jednak chyba tylko ludzie rozwijają swoją sieć symboliczną na tak ogromne "przestrzenie". Weźmy za przykład słowiańskie wierzenia dotyczące księżyca.

Symbolika księżyca jest ogromna, o wiele większa od symboliki dotyczącej Słońca. Księżyc był związany z wróżbami i praktykami magicznymi, a jego cykl był podstawą mierzenia czasu. Jednak nie na czarach ani na kalendarzu lunarnym chcę się skupić. Ciekawe jest bowiem swoiste przełożenie faz życia ludzkiego na "życie" księżyca, które można znaleźć w dawnym nazewnictwie faz lunarnych. Mianowicie księżyc się "rodził", nie "pojawiał". Pierwsze fazy nowiu to "rośnięcie" (nazywano go wtedy także "młodzieńcem"), po który następowała "pełnia". Później jednak księżyc zaczynał zanikać, czyli "się starzeć", a kiedy znikł nastawał okres trzech "dni pustych" lub "próżnych", po których księżyc "rodził się na nowo". Ławo zauważyć podobieństwo do człowieka. Jednak w przeciwieństwie do człowieka po swojej śmierci księżyc odradzał się na nowo - dlaczego? Księżyc posiadał moc płodzenia (miał bowiem silny wpływ na wodę, a ta ściśle wiązała się z płodnością pól) jednak nie tylko. Wykazywał również cechę zapładniania. Zawierał więc w sobie pierwiastki żeński i męski równocześnie - był więc swoistym hermafrodytą, który mógł sam siebie spłodzić na nowo i dzięki temu pojawić się w kolejnym cyklu lunarnym.

Sama woda, o której wspomniałam wyżej, nie posiadała siły płodzenia chociaż jej obecność w samym procesie tworzenia nowego życia była silnie zaznaczona. Dodatkowo wykazywała cechy oczyszczające i była silnie związana z kosmosem (wszak spadała z nieba). W wodzie jednak siedziały różne "dziwne stwory", od topielców począwszy na wiłach i rusałkach skończywszy. Topielice np., były partnerkami topielców, a powstawały z duszy młodych dziewcząt, które zginęły w wodzie (przez przypadkowe utonięcie bądź z ręki kogoś obcego, kto z premedytacją je utopił). Topielice mieszkały więc w rzekach i jeziorach, wabiąc ludzi, głównie młodych mężczyzn do wody i bezlitośnie ich topiąc.

Mamy więc dwa mity silnie "nafaszerowane" symboliką, mity bardzo szerokie, rozbudowane i pozornie niepołączone ze sobą. Jednak księżyc był i jest ściśle z wodą powiązany oraz demonami wodnymi. Wszelkie duchy wodne oddawały księżycowi cześć, a nawet karmiły się jego światłem. W blasku księżyca na podmokłych łąkach tańczyły rusałki i boginki wabiąc młodzieńców i zapraszając ich do śmiertelnego tańca. A w czasie pełni najmniejszy nawet wodnik szuwarek stawał się śmiertelnie niebezpieczny dla ludzi lubiących przechadzki skrajem jeziora przy blasku księżyca. 

Zarysowuje się więc nam coraz silniejsza i ściślejsza siatka wzajemnych powiązań mitycznych i symbolicznych, które ród ludzki (a ściślej słowiański) wypracowywał przez lata. Takich powiązań jest więcej, zainteresowanych odsyłam m. in. do książki "Drzewo Życia" Tomicckich, niezwykle ciekawa lektura. A sama chyba również po nią sięgnę i poszukam jeszcze trochę inspiracji do kolaży. Bo szkoda żeby te wszystkie mity zawieruszyły się gdzieś w niepamięci.

kolaż 203 rysunek: Toft00

środa, 11 sierpnia 2010

o letnich, nocnych światełkach i o tym, co z tego wynika

W sierpniu warto spoglądać w niebo, zwłaszcza nocami. Można bowiem wtedy podziwiać przepiękne spektakle świetlne. W połowie miesiąca odbywa się największy i najpiękniejszy z nich – Perseidy. Tak, mówię o spadających gwiazdach, które można oglądać w sąsiedztwie gwiazdozbioru Perseusza, najlepiej w nocy z 12 na 13 sierpnia, bo właśnie wtedy jest ich najwięcej. Jest więc to dobra okazja żeby wypowiedzieć swoje letnie życzenie. Podobno u dawnych Słowian istniała wiara, że taka spadająca gwiazda to dusza idąca do nieba. Wypowiadano wtedy życzenie w nadziei, że zmarły wstawi się na tamtym świecie za marzycielem i prośba zostanie spełniona. Na Rusi twierdzono zaś czasami, że spadające gwiazdy to smoki, które odwiedzają nocami piękne dziewczyny, które nie są wystarczająco kochane.
Dziś wiemy, że spadające gwiazdy to nic innego jak tylko meteory, które wpadając w ziemską atmosferę po prostu się spalają, pozostawiając za sobą na krótką chwilę lśniącą smugę światła. Szkoda, że wiedza prawie zawsze musi być obdarta z romantyzmu. Wolałam wersję o smoku. 

kolaż 122
Jednak patrząc w górę na spalające się w powietrzu kawałki skał kosmicznych i tak łatwo zapomnieć o ziemi. Latem w wysokich trawach również można zobaczyć błyski, ale trochę innego rodzaju. Te są drobne, niebieskozielone i migotliwe. To robaczki świętojańskie, lub jak wolą inni, świetliki.
Te drobne chrząszcze potrafią same wytworzyć światło dzięki enzymowi o wdzięcznej nazwie lucyferaza. Wytwarzaniu blasku przez owada nie towarzyszy nagrzanie czy ciepło. Sam kolor światełka również jest zimny. Jednak świetliki produkują to światło w jednym, jedynym celu – znalezienia partnera. Drobne, uskrzydlone samczyki krążą nocami po lasach i łąkach, lśniąc krótko raz po raz. Samiczki, z powodu braku skrzydeł, uczepiają się liści oraz traw. Jeżeli któraś z nich dostrzeże te pojedyncze światełka, odpowiada serią szybkich błysków, zwracając uwagę przelatujących obok świetlików. Później zaczyna się taniec miłosny, pełen migotliwego, zielonego światła.
To zjawisko jest chyba piękniejsze niż deszcze spadających gwiazd. Gwiazdy spadają i znikają bez śladu. O świetlikach zaś można powiedzieć, że lśnią, bo szukają miłości. Podobnie chyba jest z nami, ludźmi.
Szkoda, że robaczki świętojańskie można spotkać tylko w czerwcu i lipcu...

kolaż 121