sobota, 3 maja 2014

płazy i gady pod gniazdem zięby

A co mi tam...

Dwa moje haiku u Eddiego (temat gady i płazy):


auto na łące
podryguje rytmicznie
żaby rechoczą

za cienką ścianą
padalec i ropucha
kłótnia sąsiadów

piątek, 14 marca 2014

ciekawostki z kalendarza

Warto czasem zajrzeć do kalendarza i sprawdzić, co w datach piszczy. Ewentualnie można skorzystać z zawsze pomocnej komunikacji miejskiej, która (przynajmniej w Tychach) uwielbia informować pasażerów nie tylko o konieczności skasowania biletów i o ustępowaniu miejsca starszym, ale także kto danego dnia obchodzi imieniny. W ten sposób dowiedziałam się, że Kleopatra obchodzi święto swojego imienia 20 października, a Bibianna i Wiwanna - 2 grudnia (te imiona już mnie tak bardzo nie zaskoczyły, co nie zmienia faktu, że do dziś zastanawiam się, jak to właściwie zdrabniać? "Biba" i "Wanna"?). 

Dzisiejszym solenizantom mogę jedynie życzyć udanych trików z kółeczkiem i smacznego mleka. W końcu są Zawodowcami... :) 


niedziela, 26 stycznia 2014

o haiku z lodówki czyli Iro poniosła fantazja...

Nie ma to jak przesycenie tematem. Pozostawiwszy za sobą Irokezów, antropologów amerykańskich i zagadnienie rasizmu naukowego w XIX wieku spędzam teraz praktycznie całość czasu nad haiku. Poza przepisywaniem własnych wierszy i szkicowaniem projektów kolaży w wolnej chwili (szczególnie w pociągu) przede wszystkim zajmuję się czytaniem o teorii i historii haiku oraz pisaniem na ten właśnie temat. Ponieważ uważam, że ważny jest klimat oraz odpowiednie nastrojenie, komórę ozdabia mi zdjęcie okładki antologii Haiku z '83 roku (czarne ptaki na żółtym tle - kto czytał ten wie, o której książce mówię ;) ), a na pulpicie komputera mam czarną tapetę z kwiatkiem wiśni, na którym umieszczono następujący wiersz: 

haikus are easy 
but sometimes they don't make sense
refrigerator

(Notabene uwielbiam to niby-haiku :) ). 

I chyba tym ostatnim przesadziłam, przelałam czarę szaleństwa i zaczynam cierpieć na urojenia (znowu...). Znalazłam bowiem artykuł o wdzięcznym tytule: haikowanie lodówki - lansowane przez producentów i media. Nie wiem jak was, ale mnie dziko zafascynował temat i od razu zaczęłam się zastanawiać jak można zhaikować lodówkę. Można ją popisać flamastrem? To już jednak było i wcale nie ogranicza się do poezji, można na niej było napisać i narysować cokolwiek. Może jest oklejona cytatami Wielkich Mistrzów? Ale przecież napisali: "lansowane przez producentów i media", a to oznacza, że chodzi o coś "wow". Hm, a może ma wbudowany program samodzielnie układający wiersze? (ostatecznie były eksperymenty z komputerami, a technika idzie naprzód, więc czemu nie miałoby to dotyczyć lodówki? A u Japończyków mnie już nic nie zdziwi).

Okazało się, że chodziło o HAKowanie lodówki, czyli zarażanie jej wirusem w ten sposób, żeby wysyłała spam. W sumie to jestem rozczarowana...

Zwykle nie wrzucam linków, ale jeśli kogoś zainteresował temat spamującej lodówki, tutaj podaję NAMIAR do artykułu.

piątek, 17 stycznia 2014

zabawa w Indian...?

Z cyklu myśli krótkich: nie ma to jak po długich zmaganiach zakończyć wreszcie artykuł o Irokezach, wysłać go do redaktora w poczuciu ulgi i euforii z odzyskanej częściowo wolności, po czym udać się do drugiego pokoju z zamiarem odpoczynku i należytego odmóżdżenia i tam stwierdzić z lekką zgrozą, że w telewizji leci film o Pocahontas.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

czekając na nowy rok

Wróżby noworoczne - w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego. Mało kto traktuje je poważnie, ale i mało kto przechodzi obojętnie obok nich obojętnie, bo to i ciekawość się włącza i efekty wróżenia nierzadko są zabawne lub motywujące. Nawet niepoważne mimo wszystko budzą ludzkie zainteresowanie i na dłużej lub krócej zostają w pamięci. 

Ja również postanowiłam się zabawić. Przepis na zabawę-przepowiednię trafił do mnie sam. Oto on: 

1. wyciągnij rękę i weź pierwszą, leżącą najbliżej Ciebie książkę 
2. otwórz ją na stronie 34
3. pierwsze zdanie powie Ci, jaki będzie dla Ciebie nadchodzący rok 

W porządku. 

Pech (albo fart) chciał, by najbliższą książką w przestrzeni były Haiku tłumaczone przez Agnieszkę Żuławską-Umedę (Wydawnictwo ELAY 2006). Strona 36 - spis treści tudzież polskie incipity strof. Pierwsze zdanie: "Sosna i bambus" (a dalej odnośnik do haiku Issy ze strony 51). Bardzo zabawne. Wolałabym chyba coś bardziej konkretnego. Chociaż patrząc na komentarze innych osób, które chwaliły się swoimi pierwszymi zdaniami ze strony 34 mogło być o wiele gorzej - morderstwa, apokalipsy, gwałty zbiorowe itd. (ostatecznie nie takie rzeczy spotyka się chociażby w "Grze o Tron", nieprawdaż?). To już wolę swój niedookreślony zagajnik sosnowo-bambusowy.

Z drugiej strony, Basho mówił swoim uczniom: "Tego, co sośnie właściwe - ucz się od sosny, a bambus niech nauczy cię wszystkiego, co należy do jego natury. (...) Stań się sosną. Stań się bambusem. (...) poczujesz jej najgłębszą naturę, stworzysz poezję".

To będzie dobry rok. 

Kolaż nr 307
*
w książce szukam
wróżb na nadchodzący rok
- "sosna i bambus"
*

wtorek, 5 marca 2013

wiosna idzie czyli cichy jęk ze świata nie-umarłych

Wbrew pozorom ani nie umarłam, ani nie zapadłam w sen zimowy. Chociaż może trochę szkoda tej hibernacji... Przynajmniej ominęłyby mnie (na razie) pisanie pracy magisterskiej. Tak czy siak, doszłam po prostu do wniosku, że zamiast pisać o rzeczach pesymistycznych lepiej nie pisać wcale i zamiast tego skupiłam się na pracy nad własnym wykształceniem i nad fermentującą irytacją szarugową. Bo głównie w szarudze lutowej dostrzegam głównego winowajcę moich dąsów, fochów i złych humorów. 

Tak jak i wczoraj, dziś znowu wylazło słoneczko i od razu obudziłam się w dobrym nastroju. Poodkręcałam maksymalnie żaluzje i pootwierałam okna. Słucham ptasich awantur przy karmniku i iście wiosennych szczebiotów sikorek na pobliskich klonach. Do domu wpada zimne powietrze o tym dziwnym, charakterystycznym zapachu przywodzącym na myśl wygrzaną przez słońce glebę. Paradoks, bo chodzę z gęsią skórką, cała się trzęsę, ale nie zamierzam się cieplej ubierać - jest mi zimno, ale to zimno wczesno-wiosenne! Można więc trochę pomarznąć. 

Tak czy siak - cieszcie się wiosną i do przeczytania niedługo. 

Kolaż 073


środa, 13 lutego 2013

ekspresowo o poezji, fb i konsternacji

Szybki rzut oka na fejs-bukę (w moim wypadku to naprawdę spojrzenie ekspresowe równe mrugnięciu) i pierwsze co widzę, to wiersz: 

Noc seksualna
Historia oka
Łzy erosa

dla waszych połówek
do wspólnego czytania
o połowę taniej

Oookeeej...
Najwyraźniej znajomy poeta znowu szarżuje. Już przewinęłam niżej, ale mózg się obudził, postukał od wewnętrznej strony czaszki i kazał zawrócić. Wróciłam. Mrugnęłam. Przeczytałam jeszcze raz. Mrugnęłam ponownie.

Konsternacja. 

To nie wiersz tylko ogłoszenie na profilu wydawnictwa Słowo/Obraz Terytoria. 
(Tak w ogóle promocja trwa do 17 lutego, jeśli ktoś byłby zainteresowany...)

wtorek, 12 lutego 2013

"...panda kontratakuje" - niespodziewany epilog

 Niespodziewany nocny SMS:

MRC - "Zuzu, no! Przez Ciebie ogladam teraz pande :P"

ja - "Zabojcze, prawda?"

MRC - "Ba! Teraz probuje zejsc z drzewka (albo sie z nim bawi)"

~~
Pan Da jako cyniczna część mojej osobowości oczywiście o wszystkim wiedział od razu i nie pozostawił tego bez komentarza:

Pan Da - Widzisz? Ta cała MRC zna się na ludziach... to znaczy na pandach i wie co dobre. Może, jeśli mi się będzie chciało, zaproszę ją na kawę?
ja - Wiesz że ona mam męża i dziecko?
Pan Da - ........... fuck.

Alla prossima.

środa, 6 lutego 2013

"Sesja, sesja ach to ty...!" i panda kontratakuje

Czyż dzień nie jest piękny, kiedy możesz go zacząć od pisania pracy magisterskiej? Naprawdę kocham zapach materiałów źródłowych o poranku. Po paru dniach ślęczenia nad tekstami człowiek zaczyna pragnąć obserwować jak świat płonie albo zimy nuklearnej. Ewentualnie jedno i drugie, w dowolnej kolejności. A tak poważnie...

Wreszcie wyrwałam się z niebytu, w który trwałam od jakiegoś czasu, a który nazywa się sesją. Na szczęście System Eliminacji Studentów Jest nie-Aktywny - niech będzie błogosławiony student piątego roku i wykładowcy jego. Większość zaliczeń udało się załatwić szybko i prosto, w postaci prac pisemnych, co ograniczyło przymus nauki i kucia do minimum. Ale i tak marzył człowiek o jakimś magicznym krześle, guziku, pilocie, czapce, czymkolwiek, co odłączałoby internet w komputerze. Rzecz jasna istnieje taki przyrząd, ale tylko wariat by go szukał albo faktycznie używał - wszak internety są miejscem, gdzie mieszkają cycate kobiety, małe puchate kotki i pandy. A no właśnie... Pandy.

Pandy z zoo w San Diego poznałam przez Kulinarną, która niechcący otworzyła puszkę pandory. Pandzie Truman Show zyskało nową wielbicielkę, a nawet dwie, jeśli się weźmie pod uwagę również Bufkę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spędziłyśmy długie godziny na inwigilowaniu i komentowaniu tych (w gruncie rzeczy) nudnych stworzeń, odkrywając przy tym, że wcale nie są takie nudne, a wręcz przeciwnie - fassssscynujące. 

Ja: - "BTW, właśnie skończyłam pisać o PMS i patrzę, jak panda z San Diego wpieprza bambus...." 
Bufka: - "jest w tym coś hipnotyzującego... w tej pandzie znaczy się. Chociaż ona tak żre ten bambus, jakby on jej coś zrobił, aż ciary przechodzą człowieka. Normalnie, Terminator, nie panda"

Mały screen z moich obserwacji - jedna panda je, druga śpi... Standard. 
I tak zaczęła się przygoda z pandami. (Przy okazji - nie pytajcie, co wątek o kobiecym PMS robi w mojej pracy magisterskiej). Można wręcz powiedzieć, że dzień należy uznać za stracony, jeśli się nie sprawdziło, co u pand. I ciężko jest znieść godziny około południowe, gdyż w tym czasie pany śpią. ....To znaczy: one prawie zawsze śpią, a jak nie śpią, to jedzą i szykują się do snu. Chodzi o to, że w tym czasie u pand zapada noc, a kamera niestety nie jest na podczerwień, więc widać jedynie mroczny mrrrrok. Próbowałyśmy się z Bufką dopatrzeć w tych ciemnościach światełka z pandziej lodówki z mrożonym bambusem, ale niestety. Ciemno jak w uchu pandy.

Z tego co wiem, nie tylko mnie dopadła mania podglądactwa sympatycznych stworzonek, jednak większą popularnością wśród przyciśniętych przymusem nauki studentów podobno cieszyły się żubry. No cóż. Może należy zmienić hasło reklamowe na: "Rano panda, wieczorem żubr"? 

Powinnam mieć być może wyrzuty, bo ostatni kolaż został sklejony daaaawno temu i nawet nie został jeszcze opublikowany (wstyd i hańba), ale panda w połączeniu z magisterką skutecznie odciągnęły mnie od realizacji ambitnych zamiarów artystycznych. Najpierw czas goni, bo trzeba się spieszyć z dzienną normą tekstu, a po zmroku jakoś człowiekowi odchodzi ochota na zabawę nożyczkami i klejem. Może też byłabym w stanie się zmusić, ale nigdy nie robię kolaży po nocach - lampy dają fałszywy obraz dotyczący kolorów i rano można się niemiło zdziwić. Wrócę do klejenia i to już niedługo, wiem to na pewno, ale na razie... musze sprawdzić co u moich pand. 

Ci vediamo!

Ps. Sprawdziłam. 
Moja panda je. 
Znowu... 


sobota, 19 stycznia 2013

zima w 17 sylabach

Doszłyśmy z BSławą Sibigą, że skoro już jest po wieczorku z poezją haiku naszego autorstwa, to możemy umieścić naszą zimową konwersację poetycką również tutaj, na moim blogu. Ot tak, jeśli ktoś by miał ochotę jeszcze raz zetknąć się z naszymi tekstami. Albo jeśli z tego lub innego względu wczoraj nie dotarł, mimo chęci. 
~~~~~~~


Z
spójrz droga wśród drzew
za nami ukryty dom
wejdź i ogrzej się

S
mój stary dom
pierwsze płatki śniegu
spadają w ciszy

Z
ubrana w płaszcz
wychodzę między mrozy
czekam na podróż

S
pusta droga -
w starych koleinach
noworoczny śnieg

Z
szły tędy sarny
wiem – wodę przeskoczyły
ślady na śniegu

S
pierwszy śnieg
wokół paśnika
coraz więcej śladów

Z
zimowe lasy
przepełnione wierszami
ślady na śniegu

S
pierwszy dzień zimy
skrzypienie pod nogami
coraz głośniejsze

Z
śniegowe haiku
skrzypienie pod butami
białej podłogi

S
kulig
przez zaśnieżony las
płonące pochodnie

Z
na Ogrodowej
wieczorny bal chochołów
goreją okna

S
jaka wrzawa -
przez niedomknięte drzwi
pierwsze płatki śniegu

Z
słucham twych kroków
na schodach przed domem – nic
tylko gawrony

S
świeży śnieg
chłopak pyta
o moje imię

Z
wymarzę ciebie
zmarzniętego ze śniegu
wyczaruję cię

S
płatki śniegu
na rozognionej twarzy
przez chwilę

Z
roznamiętnienie
- gorące policzki i
znikający śnieg

S
lodowaty wieczór -
co chwilę trzask
z kominka

Z
kto mnie weźmie za
ręce kiedy cię nie ma?
mróz – marzną dłonie

S
bezsenna noc
księżyc wędruje
moje myśli za nim

Z
popatrz w górę
gdziekolwiek jesteś – nie wiem
czy też widzisz śnieg?

S
biel -
płatki śniegu
z ciszy w ciszę

Z
na pusty ogród
spadają płatki śniegu
cicho szeleszcząc

S
dzika róża
ileż czerwieni
w kryształkach lodu

Z
w zimie czerwień
rozkwita na policzkach
i krwawią głogi

S
nagły trzepot -
z gałęzi na gałąź
śnieżna lawina

Z
gniazdo na krzewie
puste czy śpią krasnale
pod śnieżnym kocem?

S
śpiew bogatki
grudniowe słońce
na kęsie słoniny

Z
marznę więc marzę
o locie na południe
na grzbiecie gęsi

S
podróż w nieznane
nikną ślady
w śnieżnej zawiei

Z
nawroty zimy
ale to już ostatnie
zimno śnieg i mróz

S
zimowy ogród
w pracowni malarza
gasną światła

Z
trawy już rosną
słyszę szemranie- ach nie
to śnieg, nie trawy

piątek, 11 stycznia 2013

Na łodzi podwodnej nie ma miejsca na sentymenty...

Wbrew pozorom nie zapadłam w sen zimowy. Żyję i mam się dobrze, dziękuję. Standardowo dopadł mnie syndrom styczniowy, czyli przygotowania do sesji, a tym roku nawet nie tak strasznej, ale dzielącej mój kalendarz wespół w zespół z innymi zobowiązaniami i obowiązkami, zarówno uczelnianymi jak i bardziej prywatnymi. 

Tak czy siak, powrót z sylwestrowych wojaży okupiłam bolesnym powrotem do rzeczywistości. Tym gorszej, że stanęłam przed wyzwaniem praktycznie niewykonalnym (chociaż jak mawiał kapitan Jack Sparrow: "To nie niemożliwe, tylko mało prawdopodobne"). Kiedy szykowałam listy do świętych Mikołajów ze śmiechem przyjęłam fakt, że 90% pozycji to literatura. Potem przestało mi być do śmiechu. Stanęłam bowiem przed wyzwaniem wepchnięcia w półki wszystkich otrzymanych z okazji Świąt książek. Czekało mnie dobrze ponad trzydzieści centymetrów katorgi. 

Niestety, wygląda na to, że u mnie w pokoju zjawisko L-przestrzeni nie istnieje. Powierzchnia regałów się nie zagina (przynajmniej na razie. Potem może się co najwyżej zarwać pod własnym ciężarem...) i dostępność płaskich powierzchni na których można postawić twór książko-podobny znacząco... ba! Nawet krytycznie, maleje. A poza tym, (chociaż Homek Toft się nie zgodzi) porządek w książkach musi być!

Odkryłam z bólem, że na mojej łodzi podwodnej (bo tak nazywam swój mikroskopijny pokoik, który jest wyższy niż dłuższy i z tego powodu wymagał odpowiedniej zabudowy) niestety nie ma miejsca na sentymenty. Przynajmniej niektóre. A na pewno nie ma miejsca na pozycje "zbędne". Oczywiście: wszystkie książki są wartościowe (nawet te złe, bo uczą nas jak NIE pisać), ale umówmy się - do niektórych pozycji się już nie wraca bo są AŻ TAK złe. Inne są nie najgorsze, ale zwyczajnie nie trafiły w gusta. To dobra okazja, żeby się tych pierwszych pozbyć "szerokim rzutem za okno", a te drugie posłać dalej w świat, do dobrych ludzi którzy zapewnią im ciepły kąt. (A propos, nie jest ktoś zainteresowany kupnem 1 i 2 tomu "Opowieści rodu Otori"? Tak tylko pytam).

Uprzedzając fakty powiem, że trochę się nagłówkowałam, zwłaszcza w dziedzinie myślenia przestrzennego, ale ostatecznie udało mi się wyczarować te trzydzieści centymetrów. Uświadomiłam sobie jednak, jak dziwne mam gusta literackie. W ramach rozgrzeszenia z inicjatywą 52 sporządziłam dla siebie spis, co poza lekturami i tekstami stricte uczelnianymi przeczytałam w przeciągu ostatniego roku. Stwierdziłam, że moja lista praktycznie sama się pięknie dzieli na podgrupy tematyczne. W ten sposób się dowiedziałam, że jestem przepełnioną liryzmem morderczynią o krwawych zapędach, w wolnych chwilach analizującą zawzięcie problemy antropologiczno-kulturoznawcze, jednakże niewyżytą seksualnie (o czym niezbicie świadczą "Niebezpieczeństwa onanizmu" oraz "Afrodyzjak zewnętrzny albo Traktat o biczyku"). Powiedz mi jakie książki czytasz, a powiem ci kim jesteś... wesołe. Ale mamy nowy rok, nowe książki i być może - nowe wybory tematów, choć wątpię. Tytuły prezentów gwiazdkowych wybitnie przeczą temu założeniu.

Oddzielną kwestią jest to, kiedy ja to wszystko przeczytam? Lista książek rośnie, a czasu nie przybywa. 
Och, dlaczego, dlaczego...? So Many Books, So Little Time...

~~~~

Poniżej niedawna rozmowa ze Snusmumrikenem zwanym w skrócie Mumrikiem: 

Niespodziewanie, w trakcie dyskutowania o powrotach na uczelnię i kłopotach z pakowaniem tobołków. 
Mumrik - Zastanawiam się, jak spakować do walizki ośmioksiąg Kinga, który dostałem.
ja - Jak to? ...Cały ośmioksiąg?
Mumrik - - No tak. Przecież ja to zamierzam całe przeczytać!
ja - Aha... Ale Mumrik... Przecież ty tego i tak nie przeczytasz za jednym zamachem w ciągu tygodnia. Więc tak sobie myślę, że skoro i tak niedługo wrócisz do domu, to przecież możesz sobie spakować, powiedzmy, tylko dwie pierwsze części. Na początek ci wystarczą. Są duże więc zanim je skończysz minie trochę czasu, a jak niedługo przyjedziesz do domu, to przykładowo, zostawisz przeczytany pierwszy tom a weźmiesz ze sobą trzeci.
Mumrik jak to Mumrik. Zamyślił się głęboko nad tym co zostało powiedziane i nie odpowiedział. Myślałam, że zbagatelizował sprawę, ale nie. Jednak wrócił do tematu:

Mumrik -Wiesz? Przemyślałem sobie to, co powiedziałaś. I miałaś rację... Na razie wezmę tylko cztery tomy!


 Ci vediamo!

sobota, 22 grudnia 2012

alfabetyczne i gorące życzenia dla wszystkich Dobrych Duchów roku 2012

Tak jak i w latach poprzednich, (bo staje się to powoli tradycją), chciałabym z okazji zbliżających się Świąt podziękować wszystkim tegorocznym Dobrym Duchom, jak i życzyć im wszystkiego najlepszego.W gruncie rzeczy, cyniczny Pan Da mi tu podpowiada, że powinnam wziąć i przekopiować zeszłoroczne listy, ale jest to niedopuszczalne. Wszak wszystko należy zrobić porządnie od początki i dopiąć na równie porządny ostatni guzik. Chociaż z drugiej strony to budujące, że tyle Duchów ze mną pozostało i nie odfrunęło za horyzont (a przynajmniej niezbyt daleko).

Jak zawsze, żeby było sprawiedliwie, w kolejności alfabetycznej chciałabym podziękować:

cichej Annie G. - która, mimo iż wciąż jest uparcie milcząca, to jednak jest nadal obecna. (Obawiam się, że o Fluttershy nie można po prostu zapomnieć. Yeah!).

sympatycznej Julce -  podobno rodziny, w tym szwagierek się nie wybiera. Tym bardziej się cieszę, że trafiło na Ciebie.

ukrywającej się Justynie - standardowo - i tak się przede mną i Tą Trzecią nie ukryjesz. Dopadniemy Cię po sesji i zabierzemy na kolejny sabat. Bo bez Ciebie to nie to samo co z Tobą, mon chéri. 

nordystycznemu Kubie - który pokazał mi Troję bez konia (jaki kraj, taka Troja...) i wyjaśnił rolę głowy samicy konia w czarnym PiArze Skandynawów.

niezwykłej Marcie tudzież Nefertari - kiedy przezwałam Cię Matrioszką nie przypuszczałam, że tak szybko będzie to brzemienne w skutki. Niech Młody rośnie na chwałę kultury i literatury, jak jego mama! (I przy okazji ukłony dla męża).

wiercącej się Monice - czyli kulinarnej, która każdy życiowy zakalec potrafi przemienić w najlepszy z wypieków sukcesu.

mruczącemu Mumrikowi - który co prawda Muminków nie zna, ale Włóczykija i Joka odtwarza genialnie. Dziękuję za wszystkie piórka, nie tylko różowe. 

drapieżnej Paulinie - która nie doprowadza do zagłady świata, ponieważ jest miłosierną i najlepszą Matką Wszechświata jaką znam (bo jedyną).

odległemu acz bliskiemu Ptasiemu Dziubowi - cieszę się, że życzenie z zeszłorocznej kartki tak szybko zaczęło się sprawdzać. Dużo szczęścia życzę całej Dziubatej czwórce.

złoto-słownej Sybilli - każde Twoje mailowe słowo spijam z ogromną radością. Jeśli Tobie moje maile sprawiają choć procent tej samej radości, to jest to chyba bardzo udany układ.

Homkowi Toftowi -  który zawsze znajdzie czas, żeby zejść ze strychu lub wygrzebać się spod sterty lin i ze mną pokorespondować. Dziękuję za każdy rysunek i list od Ciebie.

niezastąpionej Zielińskiej - która udowodniła, że Męskim Mężczyznom nawet w różu jest do twarzy.

Ekipie "Niebieskich Traw" których nie miałam okazji osobiście poznać, a którzy dali mi ogrom radości i satysfakcji. Dziękuję Wam za każdą pojedynczą trawę i za cały bukiet.
Grupie Militarno-Historycznej Berliner Mauer - ze szczególnym uwzględnieniem mojego ulubionego Obelixa, który zawsze jest skory, by dać mi jakąś radę.
Grupie Poetyckiej Orion - a szczególnie nie-Brzydkiej Małgosi (którą w każdej chwili chętnie przytulę) oraz Sławie, która zawsze ma jakiegoś anioła na podorędziu. 

A także tym troszkę dalszym, ale wciąż obecnym: Adamowi Augustinowi, ChoAngel, Eddiemu, Goździkowej, Kkohaku, Kunie-Kundzie, Maczuczowi, Pani Ewie, Radkowi, skart2005.

Wespół w zespół z całą notesową ekipą (czyli, alfabetycznie: Azzurro Cavallo, Czeszławem Miłosiem, FanTomkiem, Panem Dą, PaPi Lotką, PiPim Nielotem oraz Wolfgangiem) podziękować za wspólnie spędzony czas oraz życzyć Wszystkim tego, czego sobie sami życzą: świętego spokoju, wygładzenia niedoskonałości, smacznej ryby, fajnych prezentów, laserowego miotacza albo pokoju na świecie. Amen.

świąteczny kolaż 128 zrobiony na zamówienie

sobota, 8 grudnia 2012

haiku (trzciny)

(Haiku, które zaprezentowałam na Orionowym Przeglądzie Sztuki "Epika, Muzyka i Anioły" 7.12.12)


po cóż ten przepych?
- już wolę prostotę trzcin
cicho szumiących

niedziela, 2 grudnia 2012

imperium kontratakuje czyli facebook w natarciu albo afera o prawa autorskie

Powiem to na wstępie: szczerze pogardzam tą nędzną imitacją kontaktów międzyludzkich jakim jest facebook. Los mnie przymusił do założenia konta (tak to jest jak wszystkie ważne informacje dotyczące studiów przenoszą się nagle z dostępnego forum na jakieś tajemnicze, dostępne tylko dla wybrańców coś) i trudno powiedzieć bym przyjęła ten fakt radością, ale jak już jest, to trudno. Doszłam do wniosku, że skoro już to przeklęte konto mam, to niech będzie z niego pożytek - w postaci pozyskiwanych informacji oraz tablicy, na której mogę "wywieszać" moje kolaże. Ale żeby się jakoś prywatnie uzewnętrzniać? Z kim pijam wódkę, z kim sypiam, kiedy mam najbliższą kolonoskopię - kogo to obchodzi?! Nie umieszczam ani nie czytam takich danych, znajomych w ogóle nie śledzę, bo mnie to nudzi i wychodzę z założenia, że wszyscy moi znajomi i tak wiedzą tyle, na ile zasługują, bo sami dozują sobie dostęp do informacji: moja przyjaciółka z racji częstości kontaktów i bliskości więzi jest na bieżąco ze wszystkim, a daleka znajoma której nie widziałam od lat wie co najwyżej co studiuję i gdzie mieszkam. Jedyne co jest dostępne dla wszystkich, to moje kolaże. I tutaj dochodzimy powoli do sedna dzisiejszego posta.

Społeczność fb wpadła w kolejny szał, tym razem dotyczący praw autorskich. Połowę ludności internetowej ogarnął popłoch, a drugą połowę - pusty śmiech z tych pierwszych. Część przerażonych, ale przepełnionych optymizmem i wiarą w prawo zaczęła się ubezpieczać oświadczeniami o treści mniej więcej takiej:
Ja niżej podpisana,w odpowiedzi na nową politykę FB informuję, że wszystkie moje dane personalne, ilustracje, rysunki, artykuły, komiksy, obrazki, fotografie, filmy, teksty, wiersze, itd. są obiektami moich praw autorskich (zgodnie z Konwencją Berneńską).
W celu komercyjnego wykorzystania wszystkich wyżej wymienionych obiektów praw autorskich w każdym konkretnym przypadku wymagana jest moja pisemna zgoda!
I tak dalej, w ten deseń.  Efekt jest taki, że cynicy natrząsają się z naiwnych, a pesymiści przekonują optymistów, że i tak im to nic nie da. Zaznaczę od razu: sama umieściłam takie sprostowanie. Dlaczego? 

Po czystym przypadku, jakim była okładka książki i płyty wiem, że moje prace mogą się podobać. Miałam wystarczającego farta, że trafiłam na fajnych ludzi, którzy poprosili mnie o zgodę i umieścili moje dane w odpowiedniej stopce. Bardzo się z tego cieszę. Ale coraz częściej spotykam się z tym, że wśród moich znajomych, którzy zajmują się różnie pojmowaną sztuką czy artyzmem szerzy się plaga wirusa jakim jest plagiat, albo - co gorsza - złodziejstwo. Czasami odpowiedni mail, w którym wygraża się prawami autorskimi wystarcza, żeby delikwent przestał wykorzystywać porwane dziełko i wszystko wraca do normy w oazie szczęśliwości. Ale niestety nie zawsze tak jest, co pokazują inne znane mi bezpośrednio przypadki. I nie musi od razu chodzić o wielkie filmy czy koncerny z setką wykwalifikowanych prawników; czasem wystarczy niedoszły facet o lepkich palcach, albo rozhisteryzowana bibliotekarka, która podkrada kudłatym fotografom zdjęcia (nomen omen właśnie z fb).

Nie jestem naiwna. Wiem, że jeśli ktoś będzie chciał mi świsnąć kolaż albo haiku, zrobi to i tak. Ale nauczyłam się, że kto mieczem wojuje od miecza ginie i biurokrację należy zwalczać biurokracją. W fb nie wierzę i szczerze mówiąc trochę mi on drynda i powiewa na wietrze, ale doszłam do wniosku, że to dobra okazja, by wrzucić na moją "ścianę" notkę o prawach autorskich. Gdyby kiedyś było potrzebne (oby nigdy) - mam podkładkę, że sobie nie życzyłam wykorzystywania moich prac i było to jasno napisane.

To był jedyny powód mojego przyłączenia się do ruchu "niżej podpisanych". Teraz siedzę i czytam, jaka jestem głupia i naiwna, bo i tak mi to nic nie da, a poza tym podpisywałam regulamin który... etc. i nie mogę się nadziwić, że jest taka chmara ludzi, którym się chce to przeżywać. (W sumie ktoś może się przyczepić, że ten post też jest jednym wielkim przeżywaniem, ale mnie to raczej dziwi albo bawi niż dotyka). Ale nawet jeżeli jestem głupia i naiwna, to i tak mi się wydaje, że podpisywanie się pod oświadczeniem o prawach autorskich jest mniejszą głupotą, niż wsadzanie sobie do nosa słuchawek w celu zrobienia ze swojej jamy ustnej naturalnego głośnika. 

Ci vediamo. 

piątek, 23 listopada 2012

złamane serce Pana Dy czyli zawieruchy w fioletowym notesie Zuzanny

Pomimo długiego milczenia, w notesie sporo się dzieje. Ale ponieważ poza notesem również dzieje się niemało, moja mała ferajna musiała zejść na dalszy plan wyznań blogowych. Były więc imieniny Czesia (20 kwietnia, ale zawsze!), wyjazd wakacyjny (i tymczasowa przeprowadzka do podróżnego notesu w kratkę), urodziny Jasia (który jest już duży, bo ma prawie trzy miesiące. Jak ten czas leci...), odkrycie przez FanTomka tajemnicy własnej tożsamości (co sama odkryłam z freudowskim zaskoczeniem), oraz bunt Pana Dy związany z nagłym przyrostem naturalnym polnych czarownic (wiadomo: więcej czarownic = mniej miejsca dla Czołowego Cynika). Ale o tym wszystkim innym razem. Zdarzył się bowiem wypadek nieprawdopodobny - Pan Da się zakochał

Wbrew temu, co można by sądzić, wybranką naszego Ironisty nie została PaPi Lotka (ani inny mieszkaniec notesu) tylko Bufka, i to - co ciekawe - Bufka prawdziwa, z krwi i kości, a nie z tuszu i papieru. 

Kim jest Bufka? Najlepszą odpowiedzią na to fundamentalne dla tej opowieści pytanie, jest poniższy fragment książki "Lato Muminków": 
- Gdybyśmy potrafili  z r o z u m i e ć,  jak to się dzieje, to wielka fala wydawałaby się nam czymś zupełnie naturalnym.
- Naturalnym! - pisnęła mała, gruba Bufka. - Homek nic nie rozumie! Wszystko jest na opak, wszystko! Przedwczoraj ktoś mi włożył szyszkę do buta, żeby podkreślić, jakie mam duże stopy, wczoraj jakiś Paszczak przechodząc koło mojego okna zaśmiał się dwuznacznie, a dziś znowu to!
- Czy cała ta wielka fala jest po to, żeby zirytować Bufkę? - spytało jakieś małe stworzonko (...)
- Tego nie powiedziałam - wykrztusiła Bufka przez łzy. - Czy jest ktoś, kto by pomyślał o mnie albo zrobił cokolwiek dla mnie? Nie mówiąc już o dużej fali!
- Może po prostu ta szyszka spadła z sosny - podsunął usłużnie Homek. - Jeżeli, oczywiście, była to szyszka sosnowa. Jeśli zaś nie była sosnowa, to musiała być jodłowa. A czy twój but jest wystarczająco duży, żeby pomieścić szyszkę jodłową?
- Wiem, że mam duże stopy - mruknęła Bufka z goryczą.
- Ja tylko próbuję to jakoś wytłumaczyć - odparł Homek.
- To kwestia odczucia - odpowiedziała Bufka. - Tego się  n i e   d a  wytłumaczyć! 
To właśnie klasyczna, Janssonowska Bufka.
Mój prywatny egzemplarz Bufki znam lata świetlne i jest to znajomość niezwykle owocna i obfitująca w zadziwiające sformułowania. Ta Bufka jest bowiem zaprawiona w wojnach świata i zakonserwowana w cynicznym sosie, co sprawia, ze jest osóbką wyjątkowo uroczą. Skrytym marzeniem Bufki jest wielka zagłada świata, której nie realizuje, bo jest zbyt wspaniałomyślna. Szczerze kocham tę kobietę! W każdym razie...

Dnia pięknego, czerwcowego, przydreptała do mnie Bufka, stanęła i z błyskiem w oku zakomunikowała, że zamierza przejść przemianę duchowo-cielesną. (Niestety mogę przytoczyć jedynie tekst. Ekspresję ruchowo głosową musicie wyobrazić sobie samodzielnie): 
To nie dieta, a zmiana stylu życia! Bo dieta zakłada fazę początkową i fazę końcową i ja zawsze w tej pierwszej fazie początkowej myślałam już o fazie końcowej, że jak to się skończy to się nażrę chrupek! A TO to będzie zmiana bez zakończenia! Łapiesz!? Wieczna faza początkowa bez fazy końcowej! Zuza!!! Ja się przepoczwarzam! Jak motyl! Jak przyjdę w październiku to będę jak palec, jak MOTYL! Jak je***ę skrzydłami to będzie jak podmuch nuklearny! Najpierw zmiotę skórę od mięsa, potem mięso od kości, a potem kości od kości! Będę Pieprzonym Motylem Nuklearnym!
Dla upamiętnienia tej przemowy zapisałam to w swoim notesie, dla potomności. Los chciał, by na ten cytat napatoczył się Pan Da:

Pan Da rzadko się śmieje, a jeszcze rzadziej używa skrótów. Sformułowanie "lol" sugerowało więc, że sprawa jest poważna. Nie pozostało mi nic innego, jak przedstawić sobie tą dziwną parę i czekać na rozwój wypadków. Randka została zaaranżowana, Bufka obrzuciła Pana Dę krytycznym spojrzeniem i zapadł wyrok. Niestety negatywny. Skazujący. Dożywotni.



Pan Da jeszcze długo był załamany po tym zawodzie miłosnym i wyraźnie unikał towarzystwa, zwłaszcza Czesława i Wolfganga. Wiadomo - pierwsza miłość... jednak w końcu doszedł do siebie, a nawet wyszło mu to na dobre. (Chyba).

A Bufka całą tą sprawę skomentowała jednym zdaniem: Ale co to jest "perszing"?  

Fino alla prossima volta!

piątek, 16 listopada 2012

zmarznięte róże - kolaż spontaniczy

Przy ostatnim poście SabinaAnna (którą jak zawsze pozdrawiam serdecznie) mimowolnie podrażniła moją przekorę i tak już nadwyrężoną okropnym "muszę" pisania pracy magisterskiej (a termin oddania rozdziału coraz bliżej...!). A ponieważ student zrobi wszystko, byle się nie uczyć - tym chętniej sięgnęłam po rzuconą rękawicę. 

Prezentuję przedpremierowo nowiutki, jeszcze schnący kolaż numer 292 i mam nadzieję, że się spodoba: 


haiku (zmarznięte róże)


zmarznięte róże
różaniec odmawiają
płatek za płatkiem

niedziela, 11 listopada 2012

Być poetą, być poetą... czyli kobieta na wrzosowisku

Plecie się to życie przedziwnie. Oto nakładem wydawnictwa Kontekst ukazała się w końcu antologia haiku o roślinach p.t. "Niebieskie Trawy", który mogę (i powinnam) uznać za swój debiut poetycki. Wspaniale jest się znaleźć wśród tak zaszczytnego grona autorów. I tutaj rodzi się pytanie przez analogię: skoro o moich współtowarzyszach wydawniczych mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że są wspaniałymi poetami, to czy to znaczy, że sama również jestem poetką? Nie żeby od razu "wspaniałą", ale tak w ogólności? Zawsze obchodziłam tą kwestie nazewnictwa stwierdzeniem, że "piszę wiersze", ale żeby od razy "być poetką"? Jakoś mówiąc o sobie nie jestem do tego sformułowania przekonana.

Smarkaczem będąc mówiłam głośno, że poezja nie jest branżą dla mnie i z zapałem tworzyłam coraz to nowsze opowiadania. Nie będę teraz analizować ich jakości, sensu ani stopnia wykończenia, ale chciałabym wspomnieć o jednym z nich. Spłodziłam wtedy ponad 90 stron i urwałam w pół zdania (być może znamiennym było motto początkowe: QUIS LEGET HAEC? - łacińskie "a któż to będzie czytał?" i stąd ten brak ciągu dalszego). Pomimo upływu czasu doskonale pamiętam jednak co miało być dalej i co było wcześniej.

Historia była w gruncie rzeczy banalna i opowiadała o grupie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, które nade wszystko kochały samotnie wędrować do świecie. Każda z postaci porzucała dawne życie w mieście i po przyjęciu nowego imienia w postaci pseudonimu ruszała w dziki, zalesiony świat jako wędrowiec. Jedną z postaci była młodziutka Wrzosowata, włócząca się po wrzosowiskach Poetka Wędrowna. Teraz pewnie wiele osób pomyśli sobie: "Ha! Mam cię! Wyszło szydło z worka!" ale nie. Miałam i mam liczne wady literackie, ale (na szczęście) nigdy nie cierpiałam na merysuizm ani na utożsamienie z którymś z bohaterów. Oczywiście, zwykle jest tak, że piszący przelewa część swojego doświadczenia życiowego czy osobowości w każdą ze stworzonych przez siebie postaci, ale żeby się od razu utożsamiać? Nieee.... To nie dla mnie.

Później naszła mnie ochota, na posiadanie konta na deviantArcie, w celu pochwalenia się swoimi zdjęciami. Mój komputer jednak z jakiegoś powodu za tą stroną nie przepadał i przy rejestracji uparcie wyrzucał mi jakiś błąd. Nie pozostało nic innego, jak poprosić Kogoś o pomoc. Owy Ktoś w gruncie rzeczy sam założył mi konto.
- Jaki login? 
- No nie wiem. Myślałam nad ><><><><. 
- Nie. To nie. A jak się nazywała ta fioletowa z tego twojego opowiadania, o którym mi niedawno mówiłaś? 
- ...Wrzosowata? 
- O. I teraz będzie dobrze. 
W sumie nie miałam nawet czasu zaprotestować, ale trudno - stało się. Niespodziewanie zaczęłam używać imienia postaci, z którą poza kolorem noszonych ubrań niewiele mnie łączyło. W końcu przywykłam i przestałam się tym przejmować. Mimo iż nigdy nie zapomniałam o Poetce Wędrownej podczepiłam pod "ideę wrzosowatej" moje zainteresowanie ogólnie pojętymi czarownicami i czarami (od procesów czarownic począwszy, przez folklor i ludowe wyobrażenia, na magii sympatycznej skończywszy). Wszak Trzy Czarownice z "Makbeta" zostały przez Szekspira umieszczone właśnie na wrzosowisku więc miało to swój sens. (No i właśnie: Szekspir... znowu ta poezja...)

Późniejsze lata przyniosły mi haiku, a jeszcze później - kolaże. W takim wypadku powstało nowe konto dla plastyczno-literackiej działalności Iro, którą byłam już pełnoprawnie od lat, ale ponieważ nie jestem osobą która lubi gwałtownie odcinać się od przeszłości nowa strona została opatrzona negatywem kolorystycznym starego loga-awatara, a nowa Iro zespoliła się ze starą Wrzosowatą.

Trzymając teraz w ręku moją pierwszą antologię zastanawiam się mimochodem, czy to przypadek, czy też wręcz przeciwnie - zawsze do tego dążyłam. A może to wszystko to jeden wielki Efekt Motyla. Zastanawiam się również, czy w końcu jestem poetką, czy nie. Ale w gruncie rzeczy, czy ta odpowiedź jest taka ważna?

Kolaż 236
Informuję zainteresowanych, że istnieje możliwość zakupienia u mnie powyższego tomiku haiku.